Obsługiwane przez usługę Blogger.

BAZA POD CIENIE - NIEZBĘDNIK CZY ZBĘDNY GADŻET?

Baza pod cienie to mój must have - prywatny i zawodowy. Bez problemu obeszłabym się bez bazy pod podkład, ale z bazy pod cienie nie zrezygnuję - nie ma takiej opcji! Dziś pokażę Wam bazy pod cienie lub cienie w kremie, które mam w swoich zasobach i opowiem Wam czym dany produkt się charakteryzuje.


Dlaczego bazy pod cienie są dla mnie takie ważne? Produkty te jako zbędny gadżet będą traktować osoby, które nigdy nie miały problemu ze zbierającymi się w załamaniu lub tracącymi na intensywności cieniami. Ich moc docenią osoby z tłustymi lub przetłuszczającymi się powiekami oraz posiadacze opadającej powieki (a uwierzcie mi, że naprawdę wiele osób ma opadającą powiekę w taki lub inny sposób). Ja należę do grupy osób z tłustą powieką i wiem jak posiadanie takiej małej buteleczki może wpłynąć na trwałość makijażu oczu.

Dodatkowo, sprzedam Wam taki mój mały patent. Często posiadacze tłustych powiek nie wiedzą dlaczego w ciągu dnia pieką ich oczy mimo, że nie mają makijażu. Przyczyna jest banalna - spływające sebum! To właśnie ono sprawia, że pieką nas oczy. I gdzie ten patent? Właśnie w tym, żeby aplikować odrobinę bazy na powieki i musnąć je pudrem nawet wtedy, gdy nie robimy pełnego makijażu oka. Efekt? Zero podrażnień, zero pieczenia, zero stresu! 


Najpierw opowiem Wam o cieniu w kremie Mac paint pout w odcieniu soft ochre. Nie bez powodu umieściłam go w tym zestawieniu. Mimo, że nie jest to typowa baza, w tej roli sprawdza się idealnie, szczególnie w mojej pracy.
Opakowanie (5 g) to prosty, elegancki słoiczek, który dla wielu może być banalny, ale ja takie lubię. Wiem, że grzebanie w słoikach nie jest Waszym i moim najulubieńszym sposobem wydobywania produktu, ale ta formuła wymaga takiego zapakowania. Cień jest dosyć zbity, ale ma kremową konsystencję. Rozwiązanie? Nabieram go z opakowania jednorazowymi patykami laryngologicznymi, które świetnie się sprawdzają w mojej pracy (zamiast paletek) lub pędzlami (oczywiście wtedy nabieram jednorazowo ilość wystarczającą na rozprowadzenie na obu powiekach - nie wyobrażam sobie ponownego zamoczenia w produkcie wcześniej używanego na kimś pędzla (sic!).
W przypadku moich naprawdę ekstremalnie tłustych powiek w lato nie da rady solo, ale z dodatkową warstwą bazy wspomagającej lub konkretnym przygotowaniu powieki, jest ok. Ten cień w kremie jest genialny. Nie wiem który to już z kolei słoiczek zużyłam - tak bardzo go lubię.

Lubię go za to, że świetnie kryje (a ja lubię produkty wyrównujące koloryt powiek), idealnie się rozprowadza (i palcem i pędzlem), pięknie podbija kolor cieni. Jest naprawdę trwały. Zdradzę Wam, że w wielu % przypadków podczas malowania klientek sięgam właśnie po ten produkt! Czy to nie jest oby szaleństwo? ;)

Dodatkowo, jego wydajność jest porażająca. Cena w tym przypadku, a kosztuje on 90 zł, robi się znacznie przyjemniejsza gdy weźmiemy te wszystkie cechy pod uwagę. Ja jestem w nim zakochana i na pewno sięgnę po kolejne słoiczki :)


Zoeva eyeshadow fix pearl to kolejna baza, o której chcę Wam opowiedzieć (jest jeszcze wersja matowa, której nie posiadam). Matowa na bank będzie lepsza dla osób o bardzo tłustych powiekach, ale ta perłowa ma pewne ciekawe cechy, które także doceni pewna grupa odbiorców.
Opakowanie (7,5 ml) to prosta, czarna tubka z białymi napisami. Lubię ten minimalizm. Ma aplikator, który sprawia, że aplikacja jest łatwa i higieniczna. Natomiast minusem opakowania jest rodzaj tworzywa, z jakiego zostało wykonane - niesamowicie się brudzi i czasami trzeba sięgnąć po mocniejszy płyn aby je doczyścić, co może mieć wpływ na ścieranie się napisów. To taka drobnostka, ale wiem, że nieraz zwracanie uwagę na takie rzeczy.
Baza ta, jak sama nazwa wskazuje, nie jest matowa. Zaaplikowana na skórze daje świetliste wykończenie, połyskuje na różowo-złoto, ale nie ma w niej chamskich drobin (wiem, że tego nie lubicie). Nakładanie jej jest łatwe, ale należy zwrócić uwagę na dokładne rozprowadzenie jej na powiece. Dobrze sprawdzi się pod cienie perłowe i błyszczące, ale szczególnie mogą ją pokochać osoby o dojrzałej skórze wokół oczu. W tym przypadku sprawdzi się ona najlepiej.

To subtelne rozświetlenie, jakie daje, w pewnym wieku jest naprawdę pożądane. Suche, kredowe, totalnie matowe wykończenia naprawdę się wtedy nie sprawdzają, dlatego warto szukać innych rozwiązań. 

A ta baza jest jednym z nich ;)


Urban Decay eyeshadow primer potion wersja original to jedna z najsłynniejszych baz na świecie. Nie dziwię się temu fenomenowi, bo sama jestem w niej zakochana (tak wiecie, prywatnie).
Opakowanie (10 ml) naprawdę wyróżnia się na tle innych. Jest takie baśniowe. Przyciąga wzrok. Niektórzy mogą uznać je za kiczowate, ale mnie ono ciekawi za każdym razem gdy na nie spoglądam. Minus? Aplikator, który znowu zmusza nas do kontaktu reszty produktu ze skórą. Już wiecie w jaki sposób ja sobie z tym radzę, więc możecie taki patent wykorzystać.

Nie będę ukrywać, że jest to mój prywatny numer 1. Jedyne, czego mi w niej brakuje, to lepszego wyrównywania kolorytu powieki. W tym przypadku przydaje się korektor lub dobrze napigmentowany beżowy cień aplikowany na tę bazę.

 Może następnym razem skuszę się na inną wersję primer potion, która w roli wyrównywacza koloru sprawdzi się fajniej? Jeśli tylko takową przetestuję to oczywiście dam Wam znać.
Czy trudno się ją rozprowadza? Nie. Jej aplikacja jest bardzo łatwa i przyjemna. Nie trzeba się także obawiać ilości nakładanego produktu - w tym przypadku możliwe jest jej rozprowadzenie i ściągnięcie nadmiaru (w przypadku Zoevy jest to trudne).
Tej bazie ufam w 100%. Dlatego też bardzo lubię po nią sięgać w mojej pracy. Sprawdza się idealnie u osób z tłustą powieką. Wiem, że mnie nie zawiedzie niezależnie od dnia, godziny, pogody i mojego humoru.


The Balm put a lid on it to baza, która trafiła do mnie dzięki Interendo. To zdecydowanie najmłodsza stażem baza, jaką posiadam.
Opakowanie (11,8 ml) jest bardzo charakterystyczne. Wszystkie kosmetyki The Balm mają kolorową szatę graficzną, utrzymaną w stylu retro, pin-up. To zdecydowanie je wyróżnia i sprawia, że od razu wiadomo z jaką marką mamy do czynienia.
Aplikacja jest tu higieniczna, nie ma konieczności grzebania w produkcie palcami.
A jak się sprawdza zawartość, bo przecież to jest najważniejsze, nie?

Baza jest świetna. Owszem, brakuje mi w niej tego samego, czego mi brakowało w primer potion. Natomiast, nadawanie kolorytu to dodatkowa funkcja, na którą może tylko ja zwracam uwagę. Ach, mówiłam, że baza jest świetna? Tak, taka właśnie jest.

Łatwo się ją aplikuje i rozprowadza. Nie tworzy grudek i jest niesamowicie wydajna. Świetnie przedłuża trwałość makijażu, nawet przy tłustych powiekach.
Na zdjęciu widzicie miniaturkę, ale produkt jest wydajny, więc nawet ta mini wersja starczy na długo. Powiem Wam szczerze, że jest to niezła konkurencja dla bazy Urban decay. Na pewno sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie.


Na zdjęciu widzicie także bazę 24 hour photo finish shadow primer marki Smahbox, ale pisałam już o tym produkcie jakiś czas temu, dlatego jeśli jesteście nią zainteresowani to zapraszam do tego wpisu - tam dowiecie się o tej bazie więcej.

Nie mogłabym Wam jeszcze nie wspomnieć o jednej bazie, którą bardzo lubię, a której obecnie nie mam, czyli baza marki Lumene. To naprawdę świetny produkt i pewnie za jakiś czas do niego wrócę. Jeśli macie ograniczony budżet to w drogeriach znajdziecie bazę Eveline. Pamiętajcie tylko o dobrym zagruntowaniu tych baz - uwierzcie mi, że to pomaga przedłużyć trwałość makijażu oczu.


Na koniec chciałabym Wam jeszcze powiedzieć, że wszystkie powyżej wymienione bazy gruntuję cieniem lub pudrem. Bardzo rzadko zdarza mi się nakładać cienie na mokrą bazę, gdyż dodatkowa pudrowa warstwa wzmacnia trwałość makijażu i ułatwia pracę z cieniami. 

Cienie, których pigmentacja jest żadna i które musiałabym dodatkowo podbijać mokrą bazą, nie mają ze mną lekko - po prostu się ich pozbywam. Szkoda mi marnowania czasu na takie zabawy. Jedyny wyjątek stanowią cienie foliowe czy pigmenty, które przyklejam na glitter primer z Nyx - ale to zupełnie inna bajka ;)

A Wy, sięgacie po bazy pod cienie codziennie? Czy może jest to dla Was produkt zbędny? Napiszcie tez jakie bazy pod cienie lubicie, a które się u Was nie sprawdziły.

4 komentarze

  1. Ja praktycznie w ogóle nie używam cieni, a moim jedynym makijażem oka jest kreska, więc bazy pod cienie po prostu nie używam właśnie z tego względu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Obecnie mam Kobo, sprawdza się. Używam w zasadzie zawsze pod jakiekolwiek cienie, w przeciwnym wypadku zbierają mi się w załamaniu powieki.

    OdpowiedzUsuń
  3. super blog ! muszę wpadać częściej , ja dopiero zaczynam jeśli masz ochote to wpadnij będzie mi bardzo miło:)

    OdpowiedzUsuń