Obsługiwane przez usługę Blogger.

MAC EXTRA DIMENSION SKINFINISH - WIELOWYMIAROWY ROZŚWIETLACZ

Kocham rozświetlacze i nie wyobrażam sobie makijażu bez ich użycia. Stosuję je nawet wtedy, gdy mój makijaż jest minimalistyczny. Dzisiaj pokaże Wam moje nowe cudo marki Mac, czyli extra dimension skinfinish w odcieniu show gold.


Mac extra dimension skinfinish (9 gr., 135 zł) to rozświetlacz o kremowo-pudrowym wykończeniu. Jego nietypowa formuła jest wyczuwalna - można zaaplikować go pędzlem lub gąbką. Jeśli nałożymy go pędzlem, ilość produktu na włosiu jest niewielka. Taki sposób aplikacji pozwala na uzyskanie subtelniejszego rozświetlenia (aczkolwiek efekt można zbudować poprzez nałożenie kolejnych warstw). Gąbka sprawia, że rozświetlenie jest konkretniejsze. Nie jest ciemny, dlatego mogą po niego sięgnąć też osoby o jaśniejszej skórze. 


Od razu powiem Wam, że ten kosmetyk posiada mocno widoczne drobinki. Drobinki te są konkretne, ale nie tandetne. 

Z tego względu nie polubią go osoby, którym zależy na bardzo subtelnym rozświetleniu. Natomiast sroki będą zachwycone!

Przyznam, że ja też na ogół preferowałam rozświetlacze dające efekt czystej tafli, bez drobin, ale extra dimension skinfinish porwał moje serce od pierwszego wejrzenia.


Na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć jaki efekt daje wersja show gold. Nazwa może być myląca, ponieważ oprócz złota znajduje się tu też róż. Dzięki połączeniu tych kolorów rozświetlacz daje wielowymiarowy efekt. Cudnie mieni się w świetle dziennym, ale to wieczorne ujawnia jego całą moc. Krótko mówiąc - jest przepiękny!

Rozświetlacz to kosmetyk magiczny. To zamknięta w pudełku mała magia, której każdy może doświadczyć.


Kiedy najlepiej go nosić? Z powodzeniem noszę go na codzień, ale myślę, że wielu osobom genialnie sprawdzi się na wieczorne wyjścia czy uroczystości. W sam raz na nadchodzące święta - wtedy wszyscy uwielbiamy błysk. 
Napiszcie w komentarzach jakie rozświetlacze lubicie najbardziej.

BAZA POD CIENIE - NIEZBĘDNIK CZY ZBĘDNY GADŻET?

Baza pod cienie to mój must have - prywatny i zawodowy. Bez problemu obeszłabym się bez bazy pod podkład, ale z bazy pod cienie nie zrezygnuję - nie ma takiej opcji! Dziś pokażę Wam bazy pod cienie lub cienie w kremie, które mam w swoich zasobach i opowiem Wam czym dany produkt się charakteryzuje.


Dlaczego bazy pod cienie są dla mnie takie ważne? Produkty te jako zbędny gadżet będą traktować osoby, które nigdy nie miały problemu ze zbierającymi się w załamaniu lub tracącymi na intensywności cieniami. Ich moc docenią osoby z tłustymi lub przetłuszczającymi się powiekami oraz posiadacze opadającej powieki (a uwierzcie mi, że naprawdę wiele osób ma opadającą powiekę w taki lub inny sposób). Ja należę do grupy osób z tłustą powieką i wiem jak posiadanie takiej małej buteleczki może wpłynąć na trwałość makijażu oczu.

Dodatkowo, sprzedam Wam taki mój mały patent. Często posiadacze tłustych powiek nie wiedzą dlaczego w ciągu dnia pieką ich oczy mimo, że nie mają makijażu. Przyczyna jest banalna - spływające sebum! To właśnie ono sprawia, że pieką nas oczy. I gdzie ten patent? Właśnie w tym, żeby aplikować odrobinę bazy na powieki i musnąć je pudrem nawet wtedy, gdy nie robimy pełnego makijażu oka. Efekt? Zero podrażnień, zero pieczenia, zero stresu! 


Najpierw opowiem Wam o cieniu w kremie Mac paint pout w odcieniu soft ochre. Nie bez powodu umieściłam go w tym zestawieniu. Mimo, że nie jest to typowa baza, w tej roli sprawdza się idealnie, szczególnie w mojej pracy.
Opakowanie (5 g) to prosty, elegancki słoiczek, który dla wielu może być banalny, ale ja takie lubię. Wiem, że grzebanie w słoikach nie jest Waszym i moim najulubieńszym sposobem wydobywania produktu, ale ta formuła wymaga takiego zapakowania. Cień jest dosyć zbity, ale ma kremową konsystencję. Rozwiązanie? Nabieram go z opakowania jednorazowymi patykami laryngologicznymi, które świetnie się sprawdzają w mojej pracy (zamiast paletek) lub pędzlami (oczywiście wtedy nabieram jednorazowo ilość wystarczającą na rozprowadzenie na obu powiekach - nie wyobrażam sobie ponownego zamoczenia w produkcie wcześniej używanego na kimś pędzla (sic!).
W przypadku moich naprawdę ekstremalnie tłustych powiek w lato nie da rady solo, ale z dodatkową warstwą bazy wspomagającej lub konkretnym przygotowaniu powieki, jest ok. Ten cień w kremie jest genialny. Nie wiem który to już z kolei słoiczek zużyłam - tak bardzo go lubię.

Lubię go za to, że świetnie kryje (a ja lubię produkty wyrównujące koloryt powiek), idealnie się rozprowadza (i palcem i pędzlem), pięknie podbija kolor cieni. Jest naprawdę trwały. Zdradzę Wam, że w wielu % przypadków podczas malowania klientek sięgam właśnie po ten produkt! Czy to nie jest oby szaleństwo? ;)

Dodatkowo, jego wydajność jest porażająca. Cena w tym przypadku, a kosztuje on 90 zł, robi się znacznie przyjemniejsza gdy weźmiemy te wszystkie cechy pod uwagę. Ja jestem w nim zakochana i na pewno sięgnę po kolejne słoiczki :)


Zoeva eyeshadow fix pearl to kolejna baza, o której chcę Wam opowiedzieć (jest jeszcze wersja matowa, której nie posiadam). Matowa na bank będzie lepsza dla osób o bardzo tłustych powiekach, ale ta perłowa ma pewne ciekawe cechy, które także doceni pewna grupa odbiorców.
Opakowanie (7,5 ml) to prosta, czarna tubka z białymi napisami. Lubię ten minimalizm. Ma aplikator, który sprawia, że aplikacja jest łatwa i higieniczna. Natomiast minusem opakowania jest rodzaj tworzywa, z jakiego zostało wykonane - niesamowicie się brudzi i czasami trzeba sięgnąć po mocniejszy płyn aby je doczyścić, co może mieć wpływ na ścieranie się napisów. To taka drobnostka, ale wiem, że nieraz zwracanie uwagę na takie rzeczy.
Baza ta, jak sama nazwa wskazuje, nie jest matowa. Zaaplikowana na skórze daje świetliste wykończenie, połyskuje na różowo-złoto, ale nie ma w niej chamskich drobin (wiem, że tego nie lubicie). Nakładanie jej jest łatwe, ale należy zwrócić uwagę na dokładne rozprowadzenie jej na powiece. Dobrze sprawdzi się pod cienie perłowe i błyszczące, ale szczególnie mogą ją pokochać osoby o dojrzałej skórze wokół oczu. W tym przypadku sprawdzi się ona najlepiej.

To subtelne rozświetlenie, jakie daje, w pewnym wieku jest naprawdę pożądane. Suche, kredowe, totalnie matowe wykończenia naprawdę się wtedy nie sprawdzają, dlatego warto szukać innych rozwiązań. 

A ta baza jest jednym z nich ;)


Urban Decay eyeshadow primer potion wersja original to jedna z najsłynniejszych baz na świecie. Nie dziwię się temu fenomenowi, bo sama jestem w niej zakochana (tak wiecie, prywatnie).
Opakowanie (10 ml) naprawdę wyróżnia się na tle innych. Jest takie baśniowe. Przyciąga wzrok. Niektórzy mogą uznać je za kiczowate, ale mnie ono ciekawi za każdym razem gdy na nie spoglądam. Minus? Aplikator, który znowu zmusza nas do kontaktu reszty produktu ze skórą. Już wiecie w jaki sposób ja sobie z tym radzę, więc możecie taki patent wykorzystać.

Nie będę ukrywać, że jest to mój prywatny numer 1. Jedyne, czego mi w niej brakuje, to lepszego wyrównywania kolorytu powieki. W tym przypadku przydaje się korektor lub dobrze napigmentowany beżowy cień aplikowany na tę bazę.

 Może następnym razem skuszę się na inną wersję primer potion, która w roli wyrównywacza koloru sprawdzi się fajniej? Jeśli tylko takową przetestuję to oczywiście dam Wam znać.
Czy trudno się ją rozprowadza? Nie. Jej aplikacja jest bardzo łatwa i przyjemna. Nie trzeba się także obawiać ilości nakładanego produktu - w tym przypadku możliwe jest jej rozprowadzenie i ściągnięcie nadmiaru (w przypadku Zoevy jest to trudne).
Tej bazie ufam w 100%. Dlatego też bardzo lubię po nią sięgać w mojej pracy. Sprawdza się idealnie u osób z tłustą powieką. Wiem, że mnie nie zawiedzie niezależnie od dnia, godziny, pogody i mojego humoru.


The Balm put a lid on it to baza, która trafiła do mnie dzięki Interendo. To zdecydowanie najmłodsza stażem baza, jaką posiadam.
Opakowanie (11,8 ml) jest bardzo charakterystyczne. Wszystkie kosmetyki The Balm mają kolorową szatę graficzną, utrzymaną w stylu retro, pin-up. To zdecydowanie je wyróżnia i sprawia, że od razu wiadomo z jaką marką mamy do czynienia.
Aplikacja jest tu higieniczna, nie ma konieczności grzebania w produkcie palcami.
A jak się sprawdza zawartość, bo przecież to jest najważniejsze, nie?

Baza jest świetna. Owszem, brakuje mi w niej tego samego, czego mi brakowało w primer potion. Natomiast, nadawanie kolorytu to dodatkowa funkcja, na którą może tylko ja zwracam uwagę. Ach, mówiłam, że baza jest świetna? Tak, taka właśnie jest.

Łatwo się ją aplikuje i rozprowadza. Nie tworzy grudek i jest niesamowicie wydajna. Świetnie przedłuża trwałość makijażu, nawet przy tłustych powiekach.
Na zdjęciu widzicie miniaturkę, ale produkt jest wydajny, więc nawet ta mini wersja starczy na długo. Powiem Wam szczerze, że jest to niezła konkurencja dla bazy Urban decay. Na pewno sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie.


Na zdjęciu widzicie także bazę 24 hour photo finish shadow primer marki Smahbox, ale pisałam już o tym produkcie jakiś czas temu, dlatego jeśli jesteście nią zainteresowani to zapraszam do tego wpisu - tam dowiecie się o tej bazie więcej.

Nie mogłabym Wam jeszcze nie wspomnieć o jednej bazie, którą bardzo lubię, a której obecnie nie mam, czyli baza marki Lumene. To naprawdę świetny produkt i pewnie za jakiś czas do niego wrócę. Jeśli macie ograniczony budżet to w drogeriach znajdziecie bazę Eveline. Pamiętajcie tylko o dobrym zagruntowaniu tych baz - uwierzcie mi, że to pomaga przedłużyć trwałość makijażu oczu.


Na koniec chciałabym Wam jeszcze powiedzieć, że wszystkie powyżej wymienione bazy gruntuję cieniem lub pudrem. Bardzo rzadko zdarza mi się nakładać cienie na mokrą bazę, gdyż dodatkowa pudrowa warstwa wzmacnia trwałość makijażu i ułatwia pracę z cieniami. 

Cienie, których pigmentacja jest żadna i które musiałabym dodatkowo podbijać mokrą bazą, nie mają ze mną lekko - po prostu się ich pozbywam. Szkoda mi marnowania czasu na takie zabawy. Jedyny wyjątek stanowią cienie foliowe czy pigmenty, które przyklejam na glitter primer z Nyx - ale to zupełnie inna bajka ;)

A Wy, sięgacie po bazy pod cienie codziennie? Czy może jest to dla Was produkt zbędny? Napiszcie tez jakie bazy pod cienie lubicie, a które się u Was nie sprawdziły.

KONOPIE W PIELĘGNACJI - CZY MOŻNA SIĘ OD NIEGO UZALEŻNIĆ? ;)

Konopie niepotrzebnie zyskało złą sławę. Wielu osobom ten składnik kojarzy się jednoznacznie. Tymczasem konopia siewna to fantastyczna roślina, której właściwości są niezwykle korzystne dla nas.

Jakiś czas temu wspominałam Wam już o fantastycznych właściwościach oleju konopnego, ale chciałabym jeszcze raz je podkreślić. Olej ten jest źródłem NNKT, czyli niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych. Odpowiadają one za mocne nawilżanie, odbudowują barierę lipidową skóry oraz wspomagają gojenie ran. Olej konopny to składnik, który pokocha szczególnie skóra sucha, dojrzała, trądzikowa, wrażliwa, a nawet atopowa. 


Efektima wprowadziła do oferty serię kremów do twarzy z olejem konopnym. Do wyboru są 4 kremy, natomiast ja wybrałam wersję do skóry mieszanej i tłustej. Krem ten oprócz wspomnianego oleju, zawiera masło shea i wyciąg z huby. Opakowanie jest estetyczne - szklany słoik i minimalistyczna szata graficzna.


Krem ma delikatny, ale charakterystyczny zapach, który utrzymuje się stosunkowo długo. Jego konsystencja jest lekka, ale zostawia na skórze bardzo delikatny film. Odpowiada on za utrzymywanie nawilżenia w ciągu dnia. Dobrze sprawdza się pod makijażem. Używałam go głównie na dzień, gdyż z racji wieku zaczęłam sięgać po mocniejsze preparaty na noc. 


Właściwości tego kremu docenią osoby z cerą mieszaną, tłustą, ale też trądzikową. Uspokaja on cerę, nie powoduje wysypu niedoskonałości i lekko reguluje przetłuszczanie. Ciekawa jestem czy znacie ten krem? A może testowaliście jakąś inną jego wersję? Piszcie w komentarzach :)

SPOTKANIE Z MARKĄ CATZY, WYPADANIE WŁOSÓW PO CIĄŻY, ZNISZCZONE WŁOSY, ŁUPIEŻ

Warsztaty i spotkania z markami to dobre momenty na pogłębianie wiedzy, lepsze poznanie marki i produktów. Marka Catzy zaprosiła nas, blogerki, na beauty dzień. Beauty dzień poprowadzony został w formie warsztatów. Marka zaprosiła na spotkanie trycholog Annę Kuznetsovą oraz fryzjerkę-szkoleniowca Renatę, która prowadzi w Warszawie salon urody Estyma. Catering zawierający dobroczynne dla włosów składniki zapewniła marka Przełom w odżywianiu.



Najpierw poznałyśmy bliżej markę Catzy i jej historię. Tak, jak już Wam wspominałam we wpisie z recenzją szamponów, znam te produkty od bardzo dawna.

Następna część spotkania przeznaczona została na prezentację trycholog Anny Kuznetsovej, w której więcej mogłyśmy dowiedzieć się o przyczynach powstawania łupieżu oraz wypadania włosów. Tak, jak to niejednokrotnie słyszymy, na stan naszych włosów oraz skóry głowy, ma wpływ ogrom czynników - geny, dieta, dobór kosmetyków, stan wody w kranie, leczenie farmakologiczne oraz stres.
Wiecie, że wypadanie włosów po ciąży garściami to normalne zjawisko?
Standardowo, 85% włosów na naszych głowach znajduje się w fazie o nazwie anagen (fazie wzrostu, a cykl życia włosa trwa nawet 7 lat!). Reszta, czyli te 15%, to włosy w fazie o nazwie telogen (faza wypadania). Normalnym zjawiskiem jest wymiana włosów w ciągu roku - wiosną i jesienią. W ciąży niemal nie ma fazy wypadania. No i skutek jest taki, że po porodzie, w ciągu około 100 dni nagle, szturmem, wypada 1/3 włosów. I właśnie to zjawisko przeraża nas najbardziej. Tymczasem to normalny objaw. Nasz niepokój powinna wzbudzić jedynie sytuacja, w której taki stan utrzymuje się dłużej. Wtedy warto sięgnąć po poradę specjalisty.

Po prezentacji i czasie przeznaczonym na pytania, mogłyśmy skorzystać z badania trychologicznego naszej skóry głowy. Potwierdziły się moje przypuszczenia odnośnie stanu moich włosów - u mojej mamy jest to samo - z wiekiem włosy stają się słabsze i ich ilość (niestety) ulega zredukowaniu. Z kolei ucieszyłam się, że nie mam problemu z łupieżem czy innymi chorobami skóry. Myślę, że ma na to wpływ pielęgnacja i wprowadzenie paru zasad włosomaniaczek, które teraz procentują.

Pani Anna miała naprawdę ogromną wiedzę z zakresu trychologii i dietetyki i dzięki niej dowiedziałam się pary ciekawych faktów, ale przyznam, że mocno odczułam przyspieszanie tempa tej części spotkania oraz brak możliwości poświęcenia  więcej czasu na indywidualne porady dotyczące pielęgnacji skóry głowy w gabinecie i domu.

Kolejna część warsztatów należała do fryzjerki Renaty. Powiedziała nam więcej ciekawostek o szamponach przeciwłupieżowych, pokazała różne kosmetyki do pielęgnacji włosów, odpowiedziała na szereg pytań oraz wzięła nasze włosy w obroty i pokazała moc nożyczek. Poniżej możecie zobaczyć spektakularną metamorfozę włosów jednej z uczestniczek.


Prawda, że różnica jest kolosalna? Największą robotę zrobiło tu podcięcie końcówek.
Jednak potwierdza się ta zasada, że nie możemy sobie do woli zapuszczać włosów, które są zniszczone.
Gdy końce nie są w świetnej kondycji najlepsza terapia to nożyczki. Często nasze końcówki włosów, a czasem i włosy od połowy długości, są mocno zmaltretowane. Wpływ na to ma wiele czynników. Ale ważne jest jedno - mimo satysfakcjonującej nas długości, nie warto "trzymać zniszczonych końcówek dla zasady". Zobaczcie jaki efekt dało ścięcie - od razu wydaje się, że włosów jest więcej, wyglądają na zdrowsze. Dlatego warto słuchać się ich rad.
Chęć przycięcia nie 5, a 8 cm, nie wynika ze złośliwości fryzjera i wrogiej postawy w celu zrobienia Wam największej krzywdy świata, ale chęci poprawy kondycji i wyglądu Waszych włosów! 
Podcięcie 2 cm, gdy zniszczenia osiągnęły 9 cm, nie da takiego efektu, jak obcięcie 10 cm. Tam, gdzie włos jest już zniszczony, jest już siano i tym sianem pozostanie - zmaltretowany włos zdrowym się nie stanie i koniec.

Z tego powodu ja także skorzystałam z porady oraz podcięcia końców - moje włosy bardzo mi za to dziękują, co zresztą widzicie na filmie. Zapuszczam naturalny kolor i chcę pozbyć się rozjaśnianych końców, gdyż widzę różnicę w jakości włosów naturalnych, a tych pamiętających jeszcze czasy mocniejszego rozjaśniania. Oczywiście, dobry fryzjer doradzi Wam i postara się tak zmienić kolor Waszych włosów, aby nie robić im krzywdy. Ale same wiecie jak ciężko jest znaleźć specjalistów z takim podejściem. Taki fryzjer to skarb. Renata do nich należy - powie prawdę i nie owija w bawełnę. Właśnie dzięki takim poradom jesteśmy w stanie realnie ocenić stan włosów i dobrać jak najlepsze cięcie, farbowanie czy pielęgnację.

Tak, jak już wspomniałam wyżej, Renata uczy innych fryzjerów właściwego podejścia do pielęgnacji i stylizacji włosów. Marka Catzy powinna się cieszyć, że ma takiego szkoleniowca pod swoimi skrzydłami. Takie niezwykle ciepłe, zaangażowane osoby potrafią dać z siebie wiele. Warto dawać takim ludziom dużo zaufania i więcej czasu, ponieważ mają one ogromny wpływ na rozpoznawalność marki.



A na koniec możecie zobaczyć jak wyglądały moje włosy świeżo po podcięciu. Nie chcę jeszcze bardziej przedłużać tego wpisu, dlatego już zdradzę Wam, że za jakiś czas pojawi się na kanale i blogu film oraz wpis z moją pielęgnacją włosów. Wykorzystam wszelkie wskazówki, które usłyszałam i razem porównamy jak moje włosy będą się prezentowały po ich zastosowaniu :)

PHENOME BRILLIANT RESTORING TONER - CZY TO FAKTYCZNIE FENOMEN?

Na punkcie toników mam małą szajbę. Używam ich bardzo regularnie, rano i wieczorem. Testowałam już wiele takich preparatów i wcale nie tak łatwo jest mnie zadowolić. Najczęściej sięgam po hydrolaty i jeszcze jeden tonik, o którym już na blogu kiedyś wspominałam.


Dziś opowiem Wam o toniku marki Phenome, czyli toniku brilliant restoring toner. Najpierw kilka słów o szacie graficznej - czyż nie jest cudna? Opakowanie jest eleganckie, w minimalistycznym, ale nie nudnym stylu - zdecydowanie trafia w mój gust. Jedyny jego minus to atomizer, który wypluwa bliżej nieokreślone i niezbyt dokładne ilości płynu, przez co nieraz dostałam w twarz niczym z minimalnego bicza wodnego :D Wiem, że już na stronie dostępna jest wersja z inną formą dozowania, z czego niewątpliwie się cieszę :)


Tonik ten został stworzony dla skóry pozbawionej blasku, zmęczonej, posiadającej przebarwienia. Do jego składu naprawdę nie można się przyczepić. Główne składniki aktywne to ekstrakt z jabłka i miłorzębu japońskiego, a także wyciąg z aceroli i kwasy owocowe. 


Nie jest to produkt, który w ciągu jednej nocy nagle wymaże wszystkie przebarwienia na twarzy, jakie posiadacie. To nie gumka, która radzi sobie z ołówkiem w okamgnieniu. Nie oczekujmy od niego działania takiego, jakie mają pełne zabiegi z kwasami w dobrym salonie kosmetycznym czy kosmetologicznym. Mimo to, działa. 
Ja naprawdę widzę, że w subtelny sposób rozjaśnia skórę i dodaje jej blasku.
Jego formuła jest dosyć konkretna, przepełniona składnikami aktywnymi. Na skórze zostawia lekki film, który moja tłusta cera bardzo dobrze toleruje. Nie obciąża skóry. Nawilża, łagodzi i odświeża. Nazwa naprawdę dobrze odzwierciedla właściwości tego toniku.


Jako posiadaczka tłustej skóry, która prawie że już dobija do 30, szukam w takich produktach czegoś więcej, niż tylko nawilżenia i wyrównania pH.
Takie kosmetyki idealnie wpisują się w moje potrzeby. Jeśli szukacie produktu o szerokim spektrum działania, to bardzo polecam ten preparat. Brilliant restoring toner dopisuję do listy moich ulubieńców, a za jakiś czas pojawi się zbiorczy post, w którym te moje ukochane toniki i hydrolaty Wam pokażę :)

ZMIANY W ŻYCIU, NOWE POMYSŁY, SESJA DLA PRZYTULNE WNĘTRZE, FILM Z IKOSMETYKI.PL

Ostatnio wreszcie udało mi się nadrobić pustkę, która pojawiła się na blogu i kanale. Czasami pojawiają się w naszym życiu sytuacje, których kompletnie się nie spodziewamy. Pewnie Was też to spotyka.


 Jeśli śledziliście wcześniej mój profil na instagramie to wiecie, że oprócz malowania klientek, zajmowałam się także przedłużaniem rzęs. Niestety pozycja, jaką musiałam obierać podczas tej pracy, sprawiła, że mój kręgosłup nie jest już taki jak wcześniej, co wywołało ogromne zawroty głowy. Stąd nastąpiła taka długa przerwa w mojej aktywności. Stąd także musiałam coś zmienić. I właśnie do tej sytuacji odnoszą się pierwsze dwa zdania tego wpisu.

Życiowe zmiany

Tak, musiałam coś zmienić. Zdrowie jest najważniejsze i mimo płaczącego serca, z bólem musiałam oznajmić, że stylizacja rzęs nie będzie już moim zajęciem. Kręgosłup już mi za to dziękuje. I w sumie blog także, bo większa ilość czasu pozwoli mi lepiej się skupić na tworzeniu ciekawych i nowych treści. Ten wpis jest na to idealnym przykładem.


Nadrabianie zaległości

Tak, postanowiłam nadrobić zaległości i znacznie zwiększyć częstotliwość wpisów oraz moją aktywność. Brakowało mi tego ogromnie i dla mnie taki powrót ze zdwojoną siłą to ogromna frajda :)



Sesja dla Przytulne Wnętrze 

Jakiś czas temu miałam ogromną przyjemność zrobić makijaż i foto sesję dla zdolnej Jolanty Nowak-Wicherskiej. Nie ukrywam (że miałam lekkiego pietra), że był to ważny projekt, ponieważ zdjęcia miały trafić na okładkę książki! I trafiły! Jest mi ogromnie miło, że mogłam uczestniczyć w tym wydarzeniu. Takie projekty, które są dla mnie wyzwaniem, sprawiają, że się rozwijam, a przy okazji mogę też dać radość innym - czego chcieć więcej? :)


Film dla ikosmetyki.pl

Jakiś czas temu miałam przyjemność nagrania filmu urodowego na kanał ikosmetyki.pl, o czym wcześniej nie mogłam Wam powiedzieć. Oto film instruktażowy o nakładaniu rozświetlacza. Zapraszam do oglądania -> klik <-




Nowy wygląd bloga

Już od jakiegoś czasu kusiła mnie zmiana wyglądu i funkcji na blogu, ale nie mogłam się do tego zabrać. Jednak, gdy tylko znalazłam na to czas, usiadłam, pogrzebałam w czeluściach internetu, znalazłam interesujący szablon i dostosowałam go do swoich potrzeb. Pojawiła się nowa funkcja - kategorie. Podpięcie i edycja wszystkich wpisów, jakie do tej pory się pojawiły na blogu, zajęło mi mnóstwo czasu. Ale było warto! Dzięki kategoriom w łatwy sposób będziecie mogli znaleźć interesujące Was treści :) Mam w planach dorzucić jeszcze jedną kategorię, czyli wyszukiwanie po markach, ale na to jeszcze chwilę trzeba będzie poczekać. Jak Wam się podoba obecny wygląd bloga? :)



Jak widzicie, wydarzyło się i coś paskudnego, ale też wiele rzeczy dobrych. Czasami pewne sytuacje na początku wydają się nam tragiczne, ale po chwili pojawiają się kolejne drogi, nowe ścieżki, które wcale nie muszą być gorsze od poprzednich, nieprawdaż? :)

KOSMETYKI W WIELKIM MIEŚCIE

Nasza skóra narażona jest na wpływ wielu negatywnych czynników. W mieście są to smog, spaliny, kurz, klimatyzacja, ogrzewane powietrze. Jak się uchronić przed ich działaniem? Tołpa stworzyła specjalną linię, która jest wsparciem dla skóry w mieście.



W linii Urban Garden 30+ znajdziecie 4 produkty - Krem-witalność z antyoksydantami na dzień, Krem-witalność dzienna ochrona. Krem-witalność nocny detox, Krem-witalność pod oczy.
Wszystkie produkty z linii skierowane są do osób posiadających skórę wrażliwą, odwodnioną, zmęczoną, a także, na której pojawiły się już pierwsze zmarszczki. Jeden z nich, czyli Krem-witalność dzienna ochrona przeznaczony jest dla osób posiadających cerę naczynkową (tego produktu nie testowałam).

Przypomnę Wam może, że moja skóra jest skórą tłustą, z okresowo pojawiającymi się wypryskami (głównie pochodzenia hormonalnego). W tym roku stuknie mi 30, dlatego coraz częściej szukam produktów o konkretniejszym działaniu - wiadomo, lepiej zapobiegać, niż leczyć ;) Mimo tego, że moja twarz potrafi się porządnie wyświecić, to i tak sięgam po produkty nawilżające i chroniące skórę. Szczególnie gdy jestem w trakcie kuracji z użyciem kwasów. W sezonie jesiennym u mnie to norma, dlatego tym bardziej ucieszyłam się z paczki od marki Tołpa. Trafiliście w idealny moment :) Ale koniec gadania, czas powiedzieć Wam coś więcej o produktach ;)



Krem-witalność z antyoksydantami to krem przeznaczony do stosowania na dzień. Zawiera torf tołpa®, ekstrakt z ziaren szarłatu, ekstrakt z szałwii muszkatołowej, pochodną mocznika. Ma lekką, kremową konsystencję. Jest lekki, ale zostawia delikatny film, który ma na celu właśnie wyżej wspomnianą ochronę skóry przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych. Szczególnie w ciągu dnia nasza skóra odczuwa ich zły wpływ, dlatego 
(...) nie warto zapominać o właściwej dziennej pielęgnacji. Bez kremu na dzień ani rusz!

 Mimo lekkiego filmu, jaki zostawia, bardzo dobrze sprawdza się pod makijażem. Po jego użyciu skóra jest ukojona, wygładzona i pokryta lekką barierą ochronną.


Krem-witalność nocny detox to produkt do stosowania na noc. Zawiera torf tołpa® , masła babassu, kokum, shea, olej macadamia, miód, skwalan, ekstrakt z kwiatów róży. To produkt gęściejszy, niż krem na dzień. Najczęściej kremy na noc mają inną formułę, niż te na dzień. Są konkretniejsze. Ten krem faktycznie taki jest. Daje uczucie silnego nawilżenia, koi, wygładza. 



Ostatni produkt z serii to Krem-witalność pod oczy. Zawiera on torf tołpa®, ekstrakt z ziaren szarłatu, skwalan, hialuronian sodu, kompleks Eyeliss™. Krem ma konsystencję, która sprawia, że skóra jest nawilżona, ale jednocześnie jest ona na tyle lekka, że sprawdza się pod makijażem.
Przyznam szczerze, że kremy pod oczy to produkty, których testowania obawiam się najbardziej. Moje okolice oczu i oczy są bardzo (żeby nie powiedzieć inaczej) wrażliwe. Wielu produktów kompletnie nie jestem w stanie używać, bo po ich aplikacji łzy płyną mi strumieniami. Po tym kremie nic złego się nie dzieje. Moje obawy odeszły w zapomnienie.
Skóra po tym kremie jest wygładzona, ukojona. Zero pieczenia, łez i stresu :)

W paczce znalazłam jeszcze jeden kosmetyk, a konkretnie regenerujący Balsam do ciała z masłami. Także z linii Urban Garden. Zawiera on borowinę tołpa®, masło kokum, masło sezamowe, ekstrakt z kwiatów róży, miód, glicerynę. Jest bardzo treściwy, gęsty. Balsam jest bardzo wydajny. Zdarzyło mi się go za pierwszym razem nałożyć zbyt wiele - nie spodziewałam się, że będzie tak masełkowaty :) To świetna propozycja dla osób, które borykają się z problemem bardzo przesuszonej skóry ciała. 


Ostatnio sięgam po kwasy, dlatego moja skóra potrzebuje odpowiedniej opieki. Dodatkowo, pragnę działać profilaktycznie i chcę zapobiegać powstawaniu zmarszczek, dlatego ta seria wpisuje się w moje potrzeby. Jeśli chcecie zobaczyć jak sprawdzają się kwasy w mojej pielęgnacji to zapraszam do wpisu. Podczas kuracji stosowałam równolegle dzisiaj opisaną serię - nawilżenia nigdy dość. A czy produkty działają? Wpadnijcie do tego wpisu - zdjęcia same Was przekonają, że te produkty są warte uwagi ;)

HUDA BEAUTY OBSESSIONS - CIENIE DO POWIEK, NA PUNKCIE KTÓRYCH NAPRAWDĘ MOŻNA DOSTAĆ OBSESJI!

Huda Beauty wprowadza na rynek masę ciekawych produktów. Jestem szczęśliwą posiadaczką kilku pomadek, konturówek i błyszczyków, podkładu, palety desert dusk i małych palet obsessions. Kusi mnie jeszcze korekor. Jedyny produkt, który nie jest mi niezbędny do szczęścia to puder. Wiem, że zdarza się mu źle współpracować z produktami innych marek, stąd straciłam zainteresowanie nim. Ale koniec gadaniny, przejdę do recenzji palet ;)


Powyżej widzicie makijaż oka wykonany wyłącznie paletką coral.

Paletki obsessions dostępne są w polskiej Sephorze. Mieszczą 9 cieni o różnych wykończeniach. Kosztują 129 zł. Ostatnio dołączyła nowa kolekcja inspirowana kamieniami szlachetnymi. Jeszcze nie mam ich w swoich zasobach, ale poważnie się nad nimi zastanawiam. Nie ukrywam - uwielbiam te cienie! Często kupujemy palety, które przez swoje rozmiary, nie ułatwiają nam podróżowania z nimi. Te palety są do tego stworzone - małe, poręczne, posiadają lusterko. Kolory w nich nie pojawiły się tam przypadkowo - są dobrane idealnie. Wiem, że wiele osób może narzekać na brak czerni i beżu, ale to są cienie, bez których naprawdę da się obyć i zastąpić je innymi produktami (np. pudrem, kredką, eyelinerem).


Posiadam paletki mauve, coral, warm brown, gemstone, smokey i electric. Każda z nich jest piękna. Ciepłe kolory znajdziecie w coral, warm brown. Mieszankę ciepłych i chłodnych, zgaszonych róży w mauve. Chłodna (oprócz jednego matu i złotego błysku), ciemniejsza to smokey (bardzo dobrze odzwierciedlona nazwa). Kolorowa, papuzia to electric, a błyszcząca, uzupełniająca inne palety to gemstone. 


Pierwsza w moje ręce trafiła wersja electric. Czyż ja, papuga z Loro parku, mogłabym przejść obojętnie obok takich kolorów? Oczywiście, że nie! Kolory są w niej intensywne, mocne. Najsłabszym jej ogniwem jest żółty cień, ale jest według mnie lepszy od żółtego cienia z Mac, który kiedyś miałam. Jak widzicie na zdjęciu, ta paletka jest najbardziej poturbowana, co świadczy o tym, że sięgam po nią z przyjemnością.

Mauve jest wśród tych 6 palet najbardziej uniwersalna. Przez to, że posiada odcienie zgaszone, nadaje się na każdą okazję - z powodzeniem można nią wykonać dzienniak, jak i makijaż wieczorowy.

Warm brown i coral to palety ciepłe. Warm brown jest ciemniejsza, ma więcej pomarańczowych i czerwono-brązowych tonów. Coral jest jaśniejsza, ma więcej cieni o błyszczącym wykończeniu. Obie mają jasne cienie transferowe, co sprawia, że są bardzo uniwersalne. 

Smokey jest najciemniejszą z tych palet. Jako jedyna z nich posiada czarny cień. To dopiero by była wtopa - nazwać paletę smokey, a nie uzupełnić jej o czarny cień! ;) Jeśli lubicie ciemniejsze makijaże, utrzymane w brązach, z dodatkiem złota lub srebra, to jest to zdecydowanie paleta dla Was.

Gemstone na początku nie zrobiła na mnie wrażenia, ale gdy zobaczyłam jak pięknie wyglądają te cienie to zakochałam się w niej mimo wcześniejszej niechęci. Te kolory genialnie łączą się z cieniami Hudy, ale także potrafią odmienić makijaże wykonane cieniami innych marek. Na powiekach wyglądają obłędnie.


Kolory świetnie się łączą i nie znikają podczas blendowania. Maty są miękkie, dobrze przyklejają się do powieki. Niektóre kolory nieznacznie się osypują, ale dla mnie nie jest to wyznacznik czy cień jest dobry czy zły. Cienie foliowe są bardzo mocno napigmentowane, mają wręcz kremową konsystencję. Są także delikatne, dlatego lepiej unikać spotkań tych cieni z podłogą. Dwa cienie błyszczące w palecie electric uległy uszkodzeniu - właśnie przez kontakt zamkniętej palety z wcześniej wspomnianą podłogą - ale w łatwy sposób udało mi się je naprawić. Błyskotki najlepiej nakładać palcem - wtedy najlepiej pokazują swoje możliwości.
Praca tymi paletami to sama przyjemność. Są to obecnie jedne z moich najlepszych cieni.


Świat oszalał na punkcie marki Huda Beauty. Niebawem jej produkty będą nam wyskakiwać z lodówek. I wiecie co? Wcale nie płakałabym z tego powodu! Cienie tej marki tak bardzo przypadły mi do gustu, że przyjmę je w każdej ilości :)

A Wy, lubicie cienie tej marki?