Obsługiwane przez usługę Blogger.

SMASHBOX 24 HOUR PHOTO FINISH SHADOW PRIMER - BAZA POD CIENIE - HIT CZY KIT?

Czy jesteśmy skazane na wiecznie zrolowane cienie i rozmazany makijaż oka w lecie? Oczywiście, że nie. Kosmetykiem, który pomoże nam uniknąć tego problemu jest baza pod cienie.



Baza pod cienie to produkt, o którym bardzo często przypominamy sobie, gdy robi się ciepło. Nic dziwnego - zrolowane cienie to dość przykry widok. Szczególnie problem ten dotyka osoby z tłustą lub opadającą powieką. Przetestowałam już różne bazy, które nie zawsze się dobrze sprawdzały na mojej tłustej powiece. Z tego względu, jeśli zależy mi na trwałości, u mnie kompletnie nie sprawdzają się produkty typu: paint pout marki Mac, Maybelline colour tattoo czy cienie w kremie, a nawet niektóre bazy pod cienie.



Któregoś razu w Sephorze chciałam kupić bazę marki Too faced, ale niestety nie było jej na stanie. Opisałam konsultantce mój problem i namówiła mnie na bazę marki Smashbox. Pomyślałam - dobra, spróbuję - najwyżej wyląduje w bublach! No... i do bubli nie trafiła! Sprawdza się naprawdę fajnie.



Używam jej nie tylko do własnego makijażu, ale także makijażu moich klientek. Baza jest pół-transparentna i bardzo łatwo się ją rozprowadza po powiece. Zdecydowanie przedłuża trwałość cieni i podbija ich pigmentację. Poniżej cienie zaaplikowane na bazie:



Jest tylko jedno ale - producent zaleca nałożyć produkt i odczekać około minuty przed nałożeniem cieni. Ja stosuję ją inaczej - cienie nakładam szybko po jej aplikacji na powiekę - ten sposób sprawdza się o wiele lepiej. W przypadku osób z suchą i normalną powieką nie będzie to miało aż takiego znaczenia, ale przy tłustej i opadającej powiece może to mieć kluczowe znaczenie w przypadku równomiernego rozłożenia cieni oraz przedłużenia trwałości makijażu.

Baza jest  niezwykle wydajna, wystarczy niewielka ilość do pokrycia całej powieki. Dzięki temu jej koszt jest znacznie przyjemniejszy. W cenie regularnej kosztuje około 90 zł. 
Testowałam już wiele różnych baz i ta zdecydowanie należy do grona moich ulubionych! Polecam!


CZAS NA DETOX - MASKA DO TWARZY SILVER DETOX MARKI BIELENDA

Uwielbiam testować maseczki do twarzy. To część pielęgnacji, która nie jest doceniana, a zasługuje na - o wiele - większą uwagę! Maseczki mają ogromny wpływ na poprawienie lub utrzymanie stanu cery. Pewnie pomyślicie, że zwariowałam, ale staram się maseczki robić regularnie - nawet 2 lub 3 razy w tygodniu! Nie wierzycie? Spróbujcie - rezultaty przyjdą same i wtedy zrozumiecie moją szajbę :)



Tym razem przetestowałam maseczkę marki @Bielenda - silver detox, detoksykującą maskę metaliczną do cery mieszanej i tłustej. Są jeszcze dwie wersje - do cery dojrzałej i suchej, więc każdy znajdzie coś dla siebie.



Moja tłusta skóra uwielbia produkty, które w składzie mają składniki oczyszczające i ściągające. Idealna opcja dla osób z cerą tłustą, łojotokową, lub zapchanymi porami. Ta maska zdecydowanie posiada szereg składników aktywnych dla takich typów skóry. Oto jej skład:
Aqua (Water), Kaolin, Glycerin, Mica, Magnesium Aluminum Silicate, Illite, Carbon Black, Zinc PCA, Silver (nano), Lactic Acid, Polysorbate 20, Montmorillonite, Calcite, C13-14 Isoparafin, Laureth-7, Xanthan Gum, Polyacrylamide, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), CI 77891.



Maskę trzymałam na twarzy 10 minut, ale w trakcie raz spryskałam twarz wodą termalną - zapobiega to wysychaniu glinek, a dodatkowo zdecydowanie ułatwia ściąganie produktu z twarzy.
Pod koniec czasu, maska zaczęła nabierać metaliczne wykończenie - fajny bajer - teraz wraca trend na metalik ;)




Pewnie interesuje Was czy kupiłabym ten produkt ponownie? Tak! To fajna oczyszczająca maska w dobrej cenie. Jej ilość w opakowaniu wystarcza idealnie do pokrycia całej twarzy, ale przy tym także nie jest jej zbyt dużo - dzięki temu nic się nie marnuje. 
Maska w Rossmannie kosztuje niecałe 3 zł, więc moim zdaniem jest jedną z lepszych maseczek w tej cenie. Z chęcią przetestuję też inne rodzaje masek z tej serii :)