orchidea magia piekna

niedziela, 8 lipca 2018

LETNIA PIELĘGNACJA TWARZY

Jak już zapewne wiecie, moja miłość to makijaż. Natomiast pielęgnacja także odgrywa bardzo ważną rolę. Niejednokrotnie powtarzam, że wypielęgnowana skóra to podstawa (także w przypadku makijażu). Pokażę Wam dziś moje nowe perełki kosmetyczne oraz stałych bywalców mojej kosmetyczki. W tym wpisie zobaczycie tylko część moich kosmetyków do pielęgnacji twarzy. O reszcie będę opowiadać Wam w kolejnych wpisach (żeby wpis nie był za długi i żeby Was nie zanudzić) ;)


Od niedawna testuję hydrolat (woda roślinna) pomarańczowy marki Mokosh. Nie jest to pierwszy hydrolat, z którym miałam do czynienia. Ten, na tle innych, wyróżnia się mocą działania. Produkt ten jest silniejszy, niż wcześniej stosowane przeze mnie wody roślinne. Po jego użyciu skóra staje się jednocześnie nawilżona, napięta, odświeżona i lekko zmatowiona. Ta cecha sprawia, że stał się on moim ulubionym hydrolatem. A, jeszcze opakowanie - w 100% trafia w mój gust ;)

Raz lub dwa razy w tygodniu (w zależności od potrzeby) sięgam po peeling enzymatyczny. Testowałam ich wiele i nie każdy po aplikacji dawał wymierne rezultaty. Peeling enzymatyczny z Tołpy to produkt, który faktycznie działa. Skóra, po jego użyciu, staje się wygładzona, a zrogowaciały naskórek znika. Taki peeling to propozycja także dla osób z cerą wrażliwą, przez co preparat staje się niezwykle uniwersalnym produktem.
Szata graficzna idealnie odzwierciedla zawartość opakowania, a przy tym niesamowicie cieszy oko. Ja jestem kupiona ;) 



Dzięki mojej znajomej, która namówiła mnie na wypróbowanie kosmetyków marki Fitomed, w moje ręce trafiło serum antytrądzikowe z uczepem trójlistnym. Czasami na mojej skórze pojawiają się niespodzianki wywołane problemami hormonalnymi. Nie jest to stan permanentny. Natomiast lubię sięgać po produkty o lekkiej, nieobciążającej konsystencji. Właśnie takie jest to serum. Nie jest to produkt, dzięki któremu w magiczny sposób pozbędziecie się trądziku, ale jego formuła sprawia, że jest świetnym kosmetykiem wspomagającym. Skóry problematyczne nie muszą się go obawiać. Bardzo dobrze nawilża, łagodzi zaczerwienienia i wygładza skórę - bez obciążania. Świetnie współgra z kremami różnych marek. Stanowi także idealną bazę pod makijaż i nie przyspiesza wydzielania sebum. To obecnie moje ulubione serum wraz z serum tlenowym marki o2skin.

Krem Shangri La marki Lush to produkt o znacznie cięższej formule, niż wyżej opisane serum Fitomed. Teoretycznie krem jest przeznaczony do skóry dojrzałej, ale ja nie zawsze kieruję się takimi informacjami przy wyborze produktu. Krem otrzymałam do przetestowania od mojej znajomej. Ma on bogatą konsystencję i silne działanie odżywcze. Mimo, że mam tłustą skórę, zdarza mi się sięgać po bogatsze produkty - zwłaszcza po użyciu silnie oczyszczających i ściągających masek do twarzy. Natomiast szczególnymi miejscami, które ukochały sobie ten krem, są moje szyja i policzki. Szyja to partia naszego ciała, o której bardzo często zapominamy. Tymczasem to ona, jako jedno z pierwszych miejsc, zdradza nasz wiek. I trzeba o nią dbać szczególnie. W tym przypadku bogate produkty, o działaniu przeciwzmarszczkowym, mogą zdziałać cuda. Polecam Wam zadbać o szyję, zobaczycie ogromną poprawę jakości skóry w tym miejscu ;)

Ostatni produkt to kosmetyk, który testuję najkrócej, ale zdążył już podbić moje serce. To krem pod oczy Shiseido benefiance concentrated anti-wrinkle eye cream (nazwa dłuższa być nie mogła). Trafił do mnie dzięki mojej mamie.
Jeśli jeszcze nie wiecie, skóra i moje oczy są bardzo wrażliwe. Niewiele trzeba, żeby wywołać płacz i podrażnienia. Nie jestem w stanie używać wielu kosmetyków przeznaczonych do stosowania w okolicach oczu. Ale ten krem na szczęście do nich nie należy. Po użyciu tego kremu moja skóra jest rewelacyjnie nawilżona i natłuszczona. Produkt działa jak opatrunek - ma właściwości kojące i łagodzące. Wielu osobom może nie odpowiadać jego formuła. Jest mocno odżywcza i dosyć ciężka. Warto nakładać go w minimalnej ilości, gdyż wtedy daje najlepsze rezultaty. Na pewno na jednym opakowaniu się nie skończy.
Mój drugi ulubiony krem pod oczy to krem tlenowy oxygen lightening cream - eye gel marki o2skin. Dzięki właściwościom drenującym krem zmniejsza opuchlizny. Ma lekką, nieobciążającą konsystencję i świetnie nadaje się pod makijaż. Jeśli szukacie lekkiego preparatu to zdecydowanie Wam go polecam. 


Napiszcie mi w komentarzach jakie produkty Wy lubicie stosować latem i dlaczego - jestem niezwykle ciekawa jakie produkty lubicie ;)


wtorek, 19 czerwca 2018

WIBO UNICORN TEARS - SERUM I BAZA POD MAKIJAŻ W JEDNYM

Marka Farsali zapoczątkowała modę na żelowe preparaty, które świetnie sprawdzają się w roli bazy pod makijaż. Czy istnieje drogeryjny produkt, który byłby wart zainteresowania? Śmiało mogę powiedzieć, że tak!


Wibo Unicorn Tears to kosmetyk, który zdecydowanie warto wypróbować. Wiem, że wiele osób słysząc jego nazwę, będzie omijało ten produkt. Zdaję sobie sprawę, że jest ona nieco infantylna. Ale trzeba przyznać, że łatwo wpada w ucho ;)

Opakowanie jest naprawdę ładne, utrzymany został balans między jego strojnością a minimalizmem. Opakowanie zakończone jest pipetą, która pozwala na bardzo dokładne odmierzanie ilości serum.



Nie traktowałabym go jako samodzielny produkt pielęgnacyjny, natomiast w roli pielęgnacyjnego primera sprawdza się świetnie. Ma lekką, wodnistą, lekko żelową konsystencję i słodki zapach. Serum ma różowy kolor i posiada drobinki rozświetlające.
Świetnie się wchłania, ale na twarzy zostawia lekką, lepką warstwę, która świetnie chwyta wszelkie podkłady i sprawia, że aplikują się o wiele łatwiej. Serum testowałam z wieloma podkładami i współgrał z każdym, nawet z mineralnym. Dzięki takiej pielęgnującej bazie skóra wygląda zdrowo i promiennie, a makijaż jest znacznie trwalszy.


Podsumowując, jestem na tak! Cieszę się, że Wibo bardzo się rozwija i co chwilę wprowadza coraz to bardziej interesujące nowości. Znacie już ten produkt? ;)


środa, 16 maja 2018

CUDA W TUBKACH OD MARKI TOŁPA

Oba produkty znalazły się w torbie, którą otrzymałam na tegorocznej konferencji dla blogerów, czyli Meet Beauty. Peeling 3 enzymy i maska czarny detox to kosmetyki, na których widok osoba z cerą tłustą zaczyna świecić oczami. Bardzo lubię produkty złuszczające i oczyszczające oraz lubię markę Tołpa, więc od samego początku pokładałam w nich duże nadzieje. Jak się sprawdziły? Zaraz się dowiecie.



Czy muszę Was przekonywać do tego, że opakowania są świetne? Na pewno nie :) Szata graficzna oraz sposób zapakowania jest trafiony w 10! Skoro podzieliłam się moimi wrażeniami wizualnymi, to mogę przejść teraz do opowiedzenia Wam o moich wrażeniach z testowania tych kosmetyków.




Zacznę od peelingu 3 enzymy. Działanie tego kosmetyku opiera się na trzech enzymach - papainie, bromelainie i keratynazie. Ogromnym plusem takiego peelingu enzymatycznego jest brak konieczności drażnienia skóry przez działanie mechaniczne. To świetna opcja dla każdego, ale tę właściwość docenią szczególnie posiadacze skóry wrażliwej. Kosmetyk świetnie oczyszcza, wygładza skórę, zapobiega powstawaniu niedoskonałości i działa regulująco. Jest to jeden z intensywniejszych peelingów enzymatycznych, jakie dane mi było testować. To ogromny plus, bo na rynku jest wiele preparatów, które - według mnie - nie robią nic. Ten peeling 3 enzymy pokochałam od pierwszego wejrzenia i już wiem, że na jednej tubce nie poprzestanę :)



Drugi kosmetyk świetnie uzupełnia działanie pierwszego. To maska do twarzy czarny detox. Zawiera ona między innymi węgiel, borowinę i białą glinkę. Detox, to słowo, które idealnie odzwierciedla zawartość tubki. Maska jest naprawdę mocna. Głęboko oczyszcza, zmniejsza niedoskonałości, pochłania sebum i pozwala zwęzić pory. Maska sprawdzi się u osób z cerą tłustą, mieszaną, a także wrażliwą (ale nie naczynkową, gdyż dla takiej skóry będzie być zbyt silna). Jestem zachwycona siłą jej działania. Plusem jest formuła, która nie sprawia większych trudności podczas zmywania jej z twarzy. Przy zanieczyszczonej skórze zachęcam, żeby stosować maskę czarny detox dwa razy w tygodniu. To świetny produkt i z chęcią kupię go ponownie ;)



Wiele osób nie zwraca uwagi na to, jak ważną rolę w pielęgnacji odgrywają peelingi i maski. Tymczasem mają one ogromną moc i gdy tylko są produktami dobrze dobranymi do danego rodzaju skóry, mają szansę niewiarygodnie pozytywnie wpłynąć na jej stan i w szybkim czasie sprawić, że stanie się ona zdrowsza i piękniejsza :)

Znacie markę Tołpa? Jeśli tak, napiszcie w komentarzach - jakie produkty tej marki lubicie najbardziej ;)

środa, 9 maja 2018

WIBO CHROME DROPS - świetny rozświetlacz w płynie za grosze!

Era na kontrolowany błysk w makijażu nastała już dawno temu. I dobrze! Rozświetlacze mają magiczną moc. Nadają skórze blask i sprawiają, że staje się ona promienna i nabiera zdrowego wyglądu. Ostatnio do grona moich kosmetyków rozświetlających dołączyły krople rozświetlające Wibo Chrome drops liquid iluminator w odcieniu nr 1. 


Płynny rozświetlacz z Wibo od razu przykuł moją uwagę podczas mojej wizyty w Rossmannie. Od jakiegoś czasu szukałam płynnego rozświetlacza, którego można by bez problemu kupić w drogerii. Kilka razy podchodziłam do szafy Maybelline, ale ich płynne rozświetlacze wcale mnie nie zachwyciły. Obok Chrome drops nie mogłam przejść obojętnie. Posiadam odcień nr 1, który ma różowe tony, ale mimo tego, jest to bardzo uniwersalny kolor. Nr 2 jest ciemniejszy i posiada złote tony. 
Opakowanie zdecydowanie przyciąga uwagę i jest niezwykle fotogeniczne. Cieszę się, że marki drogeryjne zaczęły zwracać uwagę na ten aspekt, gdyż jest on bardzo ważny. Wiele osób lubi, gdy opakowanie jest ciekawe. Oczywiście, nie jest to aspekt najważniejszy - to zawartość decyduje o tym, czy produkt jest dobry, czy nie. Pewnie teraz nasuwa się Wam pytanie - czy Chrome drops to produkt dobry?
Nie będę Was trzymać w niepewności - to produkt niezwykle godny zainteresowania (szczególnie, że kosztuje raptem kilkanaście złotych!). Ogromnie zaskoczyła mnie jedna jego cecha, której się nie spodziewałam - trwałość. Na skroniach i nad kośćmi jarzmowymi (policzkowymi) rozświetlacze utrzymują się na ogół dobrze, gdyż te miejsca nie ulegają ciągłemu pocieraniu. Natomiast ja te krople testowałam także na dekolcie i ramionach. Zadowolona z efektu, jaki zobaczyłam po rozprowadzeniu produktu, ruszyłam ochoczo do łazienki i sięgnęłam po balsam w celu zmycia rozświetlacza z dłoni. I jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że balsam (który jak wiadomo, jest produktem tłustym i świetnie domywa wszelkiego rodzaju kosmetyki kolorowe) nie poradził sobie ze zmyciem Chrome drops! Rozświetlacz utrzymał się w stanie - prawie - nienaruszonym do końca dnia! Jest to niezwykła cecha, która sprawia, że produkt ten jest idealny do podkreślania ciała nawet na większe wyjścia. Mamy pewność, że pozostanie z nami przez cały dzień i noc.

Na powyższych zdjęciach możecie zobaczyć jak prezentuje się kolor w świetle dziennym w wersji przed i po roztarciu. Jego pigmentacja jest imponująca. Bez problemu można nim uzyskać look rodem z Instagramu. Chrome drops to rozświetlacz z delikatnymi drobinkami, które uwalniają swój blask wraz z promieniami słońca lub w sztucznym świetle. Jeśli nie lubicie drobinek to może to nie być produkt dla Was. Natomiast ja go Wam polecam z całego serca. Tym bardziej, że jest to bardzo tani i łatwo dostępny produkt. Niebawem nagram także film z testem na żywo tych kropli tak, abym mogła Wam pokazać je w całej okazałości.
Dajcie znać w komentarzach czy już testowaliście ten produkt i jak się u Was sprawdził? A może polecicie mi jakiś inny ciekawy, płynny rozświetlacz? ;)

niedziela, 6 maja 2018

TOO FACED SWEETIE PIE BRONZER - szarlotka do makijażu?

Nastała moda na używanie pudrów do konturowania w chłodnych odcieniach. Tymczasem pudry brązujące, lekko rozświetlające, potrafią nadać skórze efekt muśnięcia skóry promieniami słonecznymi. I za to je lubię. Ostatnio, moim ulubieńcem, oprócz pudru mineralnego 04 Golden Rose, stał się Too Faced Sweetie pie bronzer.
Czy muszę Was przekonywać do tego, że opakowanie i zawartośc prezentują się pięknie? Wiem, że nie każdy lubi tak słodko wyglądające kosmetyki, ale ja nie mogę przejść obok nich obojętnie.
Opakowanie jest wykonane porządnie i zawiera lusterko, przez co świetnie nadaje się do podróżowania.

A teraz opowiem Wam więcej o zawartości. Bonzer, jak widzicie na powyższych zdjęciach, posiada rozświetlające paski. Jeśli obawiacie się błysku w tego typu produktach, to przy pierwszym spotkaniu możecie się przerazić. Natomiast te paski to chwilowy bajer, gdyż znikają bardzo szybko - dosłownie po kilku maźnięciach pędzlem. 
Bronzer pachnie i wygląda jak szarlotka. Występuje w jednym odcieniu, przez co osoby mocno opalone lub o ciemnej karnacji, nie polubią go - będzie dla nich zbyt jasny. Został stworzony z trzech kolorów - ciemniejszego brązu, jasnego różo-brązu i różu. Dzięki zastosowaniu tylu odcieni jest kosmetykiem niezwykle uniwersalnym. Może służyć zarówno jako bronzer, ale też róż. 
Pozwala to zmniejszyć ilość produktów w kosmetyczce, co jest niezwykle istotne, gdy często podróżujemy.
Ostatnio coraz częściej sięgam po cieplejsze bronzery, które pozwalają uzyskać efekt skóry muśniętej promieniami słońca. Nadal uwielbiam efekt, jaki daje konturowanie i sięgam po takie produkty, gdy maluję się na większe wyjścia. 
Sweetie pie ma satynowe wykończenie, bez drobinek brokatu. Uwielbiam efekt, jaki daje. Sprawia, że skóra wygląda zdrowo i promiennie. 
Praca z nim jest niezwykle przyjemna. Bardzo łatwo się rozciera i nie tworzy plam ani smug. Jest trwały - na mojej tłustej skórze trzyma się przez cały dzień.
Na powyższym zdjęciu widzicie efekt, jaki daje Sweetie pie na podkładzie mineralnym kryjącym marki Annabelle minerals . 

Jeśli szukacie bronzera o satynowym wykończeniu, który nie będzie typowo chłodnym, sinym produktem, to polecam Wam z calego serca Sweetie pie bronzer.
Ostatnio coraz więcej produktów marki Too faced pozytywnie mnie zaskakuje i z chęcią będę testować inne kosmetyki tej marki.
Dajcie znać w komentarzach czy lubicie tę markę i czy macie w swoich zasobach jakieś produkty tej marki i jak się one u Was sprawdzają ;)

czwartek, 26 kwietnia 2018

TOP PODKŁADY CERA TŁUSTA

Znalezienie dobrego podkładu dla cery tłustej lub przetłuszczającej nie jest łatwe. Wiele tego typu produktów w bardzo szybkim czasie zaczyna się wyświecać albo tworzyć ciastko. Oczywiście - na trwałość podkładów wpływają także bazy oraz pudry wykańczające, ale podkład ma tu ogromne znaczenie.



Jak wiecie, testuję wiele kosmetyków, a podkłady to jeden z najciekawszych elementów do testów. I dzięki takim testom znalazłam moje perełki. O jakich produktach mowa? Dowiecie się w dalszej części wpisu :)



Od bardzo dawna moim numerem 1 jest Estee Lauder double wear. Tego gagatka chyba nie muszę nikomu przedstawiać, ale zapewne chcecie poznać moje zdanie na jego temat. Ten podkład jest dla mnie produktem, który nakładam tylko na większe wyjścia. Przy codziennym stosowaniu potrafi zmęczyć skórę. Ma on właściwości zastygające, ściągające i wysuszające, dlatego nie polecam go do używania jako podkładu codziennego. Natomiast, dzięki takiej formule, jest kosmetykiem genialnym. Nie ściera się, nie waży, nie przemieszcza na skórze i nawet, jeśli w którymś momencie na twarzy pojawi się lekki błysk, to podkład po ściągnięciu sebum bibułką nadal pozostaje na twarzy w niezmienionej formie.
Czy nadaje się dla osób z cerą suchą? Tak, ale na większe wyjścia i po odpowiednim przygotowaniu cery - mocnym nawilżeniu. W przeciwnym razie może taką skórę bardzo mocno przesuszyć.



Too Faced Peach perfect to moje niedawne odkrycie. Nie sądziłam, że znajdę drugi tak dobry podkład, który mogłabym - prawie - postawić obok mojego faworyta. Mówiąc "prawie" mam na myśli jeden minus - kolor. Najjaśniejszy, który posiadam, czyli snow, nie jest wcale taki super jasny i wpada w lekko brzoskwiniowe tony. Ja w podkładach preferuję beżowo-żółte zabarwienie. Brakuje mi w nim tych żółtych pigmentów. Natomiast, po nałożeniu pudru i innych produktów, kolor aż tak mocno się nie odznacza. Dlatego jestem w stanie powiedzieć, że w klasyfikacji, jest on znacznie wyżej, niż na miejscu 2 ;)
Podkład ten ma świetną formułę, która sprawia, że skóra bardzo długo pozostaje matowa. Nie polecam go osobom z cerą bardzo suchą, gdyż ma on naprawdę mocne działanie matujące. Posiadacze cery tłustej będą zachwyceni. Podkład ten jest długotrwały, nie zbiera się w załamaniach i pięknie wygląda na zdjęciach. Nie ma aż tak mocno ściągającej formuły, dlatego spokojnie mogę polecić go do częstszego stosowania ;)


Kat Von D Lock it to najbardziej kontrowersyjny podkład, jaki znam. Zaraz dowiecie się dlaczego. Jego gama kolorystyczna jest imponująca. Posiada bardzo mocne krycie, które jest w stanie zakryć nawet tatuaż. Ma specyficzną formułę. Jest bardzo gęsty i może sprawiać trudności w aplikacji. U niektórych osób spływa i wyświeca się i to jest ta cecha, która sprawia, że jedni go kochają a drudzy nienawidzą. Ja należę do tego pierwszego grona. W porównaniu do podkładu Double wear i Peach perfect, ten faktycznie wyświeca się szybciej. Natomiast na twarzy wygląda pięknie. Mocno kryje i nie daje 100% matowego wykończenia. Skóra wygląda genialnie. Użyty w odpowiedniej ilości nie daje efektu maski. Nie przesusza nadmiernie, dlatego inne typy cer także mogą po niego sięgnąć. Szczególnie polecam ten produkt do sesji zdjęciowych, gdyż sprawia, że twarz wygląda nieskazitelnie.


W zestawieniu nie mogło zabraknąć podkładu drogeryjnego. Maybelline Fit me to bardzo ciekawa propozycja. Ze wszystkich wymienionych tu produktów jest najlżejszy. Ma przyzwoite krycie, nie daje efektu maski i całkiem fajnie utrzymuje się na twarzy. Dość dobrze ukrywa widoczność porów, natomiast nie wygładza skóry tak mocno jak specjalnie do tego przeznaczone bazy. Jest niezwykle łatwy w aplikacji. Myślę, że mogę go polecić posiadaczom różnych typów skóry - jego zachowanie będzie w dużej mierze zależało od zastosowanej bazy i pudru. 



Ostatni podkład, o którym chcę Wam powiedzieć, to matujący Annabelle Minerals. Minerały kocham miłością ogromną i nie wyobrażam sobie bez nich mojego codziennego makijażu. Tak, jeśli oglądacie mnie na Instastories, to w 90% mam na sobie podkład mineralny. Zadajecie mi mnóstwo pytań odnośnie podkładów mineralnych i dlatego postanowiłam umieścić go w tym zestawieniu - mimo, że z minerałkami praca wygląda trochę inaczej.
Gama kolorystyczna jest ogromna i każdy znajdzie dla siebie odcień idealny. Podkład matujący ma świetne krycie, które z łatwością można budować.
Uwielbiam ten podkład używać w duecie z primerem glinkowym tej samej marki. To duo sprawia, że makijaż utrzymuje się cały dzień (codziennie noszę okulary, więc jedynie okolice pod okularami potrafią ucierpieć). Skóra wydziela po jakimś czasie sebum, natomiast odsączenie go w papierek nie narusza struktury podkładu. Dodatkowo, skóra czerpie same korzyści ze stosowania minerałów i nie pojawiają się na niej wypryski czy podrażnienia spowodowane używaniem innych kosmetyków kolorowych.
Annabelle Minerals posiada 3 wersje podkładów - kryjące, matujące i rozświetlające, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

To były moje ukochane podkłady. Powiedziałam Wam czemu je tak bardzo lubię. Podzielcie się ze mną w komentarzach informacją - jakie Wy podkłady lubicie najbardziej i jaką macie skórę - jestem tego niezwykle ciekawa ;) 
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka