Obsługiwane przez usługę Blogger.

SPOTKANIE Z MARKĄ CATZY, WYPADANIE WŁOSÓW PO CIĄŻY, ZNISZCZONE WŁOSY, ŁUPIEŻ

Warsztaty i spotkania z markami to dobre momenty na pogłębianie wiedzy, lepsze poznanie marki i produktów. Marka Catzy zaprosiła nas, blogerki, na beauty dzień. Beauty dzień poprowadzony został w formie warsztatów. Marka zaprosiła na spotkanie trycholog Annę Kuznetsovą oraz fryzjerkę-szkoleniowca Renatę, która prowadzi w Warszawie salon urody Estyma. Catering zawierający dobroczynne dla włosów składniki zapewniła marka Przełom w odżywianiu.



Najpierw poznałyśmy bliżej markę Catzy i jej historię. Tak, jak już Wam wspominałam we wpisie z recenzją szamponów, znam te produkty od bardzo dawna.

Następna część spotkania przeznaczona została na prezentację trycholog Anny Kuznetsovej, w której więcej mogłyśmy dowiedzieć się o przyczynach powstawania łupieżu oraz wypadania włosów. Tak, jak to niejednokrotnie słyszymy, na stan naszych włosów oraz skóry głowy, ma wpływ ogrom czynników - geny, dieta, dobór kosmetyków, stan wody w kranie, leczenie farmakologiczne oraz stres.
Wiecie, że wypadanie włosów po ciąży garściami to normalne zjawisko?
Standardowo, 85% włosów na naszych głowach znajduje się w fazie o nazwie anagen (fazie wzrostu, a cykl życia włosa trwa nawet 7 lat!). Reszta, czyli te 15%, to włosy w fazie o nazwie telogen (faza wypadania). Normalnym zjawiskiem jest wymiana włosów w ciągu roku - wiosną i jesienią. W ciąży niemal nie ma fazy wypadania. No i skutek jest taki, że po porodzie, w ciągu około 100 dni nagle, szturmem, wypada 1/3 włosów. I właśnie to zjawisko przeraża nas najbardziej. Tymczasem to normalny objaw. Nasz niepokój powinna wzbudzić jedynie sytuacja, w której taki stan utrzymuje się dłużej. Wtedy warto sięgnąć po poradę specjalisty.

Po prezentacji i czasie przeznaczonym na pytania, mogłyśmy skorzystać z badania trychologicznego naszej skóry głowy. Potwierdziły się moje przypuszczenia odnośnie stanu moich włosów - u mojej mamy jest to samo - z wiekiem włosy stają się słabsze i ich ilość (niestety) ulega zredukowaniu. Z kolei ucieszyłam się, że nie mam problemu z łupieżem czy innymi chorobami skóry. Myślę, że ma na to wpływ pielęgnacja i wprowadzenie paru zasad włosomaniaczek, które teraz procentują.

Pani Anna miała naprawdę ogromną wiedzę z zakresu trychologii i dietetyki i dzięki niej dowiedziałam się pary ciekawych faktów, ale przyznam, że mocno odczułam przyspieszanie tempa tej części spotkania oraz brak możliwości poświęcenia  więcej czasu na indywidualne porady dotyczące pielęgnacji skóry głowy w gabinecie i domu.

Kolejna część warsztatów należała do fryzjerki Renaty. Powiedziała nam więcej ciekawostek o szamponach przeciwłupieżowych, pokazała różne kosmetyki do pielęgnacji włosów, odpowiedziała na szereg pytań oraz wzięła nasze włosy w obroty i pokazała moc nożyczek. Poniżej możecie zobaczyć spektakularną metamorfozę włosów jednej z uczestniczek.


Prawda, że różnica jest kolosalna? Największą robotę zrobiło tu podcięcie końcówek.
Jednak potwierdza się ta zasada, że nie możemy sobie do woli zapuszczać włosów, które są zniszczone.
Gdy końce nie są w świetnej kondycji najlepsza terapia to nożyczki. Często nasze końcówki włosów, a czasem i włosy od połowy długości, są mocno zmaltretowane. Wpływ na to ma wiele czynników. Ale ważne jest jedno - mimo satysfakcjonującej nas długości, nie warto "trzymać zniszczonych końcówek dla zasady". Zobaczcie jaki efekt dało ścięcie - od razu wydaje się, że włosów jest więcej, wyglądają na zdrowsze. Dlatego warto słuchać się ich rad.
Chęć przycięcia nie 5, a 8 cm, nie wynika ze złośliwości fryzjera i wrogiej postawy w celu zrobienia Wam największej krzywdy świata, ale chęci poprawy kondycji i wyglądu Waszych włosów! 
Podcięcie 2 cm, gdy zniszczenia osiągnęły 9 cm, nie da takiego efektu, jak obcięcie 10 cm. Tam, gdzie włos jest już zniszczony, jest już siano i tym sianem pozostanie - zmaltretowany włos zdrowym się nie stanie i koniec.

Z tego powodu ja także skorzystałam z porady oraz podcięcia końców - moje włosy bardzo mi za to dziękują, co zresztą widzicie na filmie. Zapuszczam naturalny kolor i chcę pozbyć się rozjaśnianych końców, gdyż widzę różnicę w jakości włosów naturalnych, a tych pamiętających jeszcze czasy mocniejszego rozjaśniania. Oczywiście, dobry fryzjer doradzi Wam i postara się tak zmienić kolor Waszych włosów, aby nie robić im krzywdy. Ale same wiecie jak ciężko jest znaleźć specjalistów z takim podejściem. Taki fryzjer to skarb. Renata do nich należy - powie prawdę i nie owija w bawełnę. Właśnie dzięki takim poradom jesteśmy w stanie realnie ocenić stan włosów i dobrać jak najlepsze cięcie, farbowanie czy pielęgnację.

Tak, jak już wspomniałam wyżej, Renata uczy innych fryzjerów właściwego podejścia do pielęgnacji i stylizacji włosów. Marka Catzy powinna się cieszyć, że ma takiego szkoleniowca pod swoimi skrzydłami. Takie niezwykle ciepłe, zaangażowane osoby potrafią dać z siebie wiele. Warto dawać takim ludziom dużo zaufania i więcej czasu, ponieważ mają one ogromny wpływ na rozpoznawalność marki.



A na koniec możecie zobaczyć jak wyglądały moje włosy świeżo po podcięciu. Nie chcę jeszcze bardziej przedłużać tego wpisu, dlatego już zdradzę Wam, że za jakiś czas pojawi się na kanale i blogu film oraz wpis z moją pielęgnacją włosów. Wykorzystam wszelkie wskazówki, które usłyszałam i razem porównamy jak moje włosy będą się prezentowały po ich zastosowaniu :)

PHENOME BRILLIANT RESTORING TONER - CZY TO FAKTYCZNIE FENOMEN?

Na punkcie toników mam małą szajbę. Używam ich bardzo regularnie, rano i wieczorem. Testowałam już wiele takich preparatów i wcale nie tak łatwo jest mnie zadowolić. Najczęściej sięgam po hydrolaty i jeszcze jeden tonik, o którym już na blogu kiedyś wspominałam.


Dziś opowiem Wam o toniku marki Phenome, czyli toniku brilliant restoring toner. Najpierw kilka słów o szacie graficznej - czyż nie jest cudna? Opakowanie jest eleganckie, w minimalistycznym, ale nie nudnym stylu - zdecydowanie trafia w mój gust. Jedyny jego minus to atomizer, który wypluwa bliżej nieokreślone i niezbyt dokładne ilości płynu, przez co nieraz dostałam w twarz niczym z minimalnego bicza wodnego :D Wiem, że już na stronie dostępna jest wersja z inną formą dozowania, z czego niewątpliwie się cieszę :)


Tonik ten został stworzony dla skóry pozbawionej blasku, zmęczonej, posiadającej przebarwienia. Do jego składu naprawdę nie można się przyczepić. Główne składniki aktywne to ekstrakt z jabłka i miłorzębu japońskiego, a także wyciąg z aceroli i kwasy owocowe. 


Nie jest to produkt, który w ciągu jednej nocy nagle wymaże wszystkie przebarwienia na twarzy, jakie posiadacie. To nie gumka, która radzi sobie z ołówkiem w okamgnieniu. Nie oczekujmy od niego działania takiego, jakie mają pełne zabiegi z kwasami w dobrym salonie kosmetycznym czy kosmetologicznym. Mimo to, działa. 
Ja naprawdę widzę, że w subtelny sposób rozjaśnia skórę i dodaje jej blasku.
Jego formuła jest dosyć konkretna, przepełniona składnikami aktywnymi. Na skórze zostawia lekki film, który moja tłusta cera bardzo dobrze toleruje. Nie obciąża skóry. Nawilża, łagodzi i odświeża. Nazwa naprawdę dobrze odzwierciedla właściwości tego toniku.


Jako posiadaczka tłustej skóry, która prawie że już dobija do 30, szukam w takich produktach czegoś więcej, niż tylko nawilżenia i wyrównania pH.
Takie kosmetyki idealnie wpisują się w moje potrzeby. Jeśli szukacie produktu o szerokim spektrum działania, to bardzo polecam ten preparat. Brilliant restoring toner dopisuję do listy moich ulubieńców, a za jakiś czas pojawi się zbiorczy post, w którym te moje ukochane toniki i hydrolaty Wam pokażę :)

ZMIANY W ŻYCIU, NOWE POMYSŁY, SESJA DLA PRZYTULNE WNĘTRZE, FILM Z IKOSMETYKI.PL

Ostatnio wreszcie udało mi się nadrobić pustkę, która pojawiła się na blogu i kanale. Czasami pojawiają się w naszym życiu sytuacje, których kompletnie się nie spodziewamy. Pewnie Was też to spotyka.


 Jeśli śledziliście wcześniej mój profil na instagramie to wiecie, że oprócz malowania klientek, zajmowałam się także przedłużaniem rzęs. Niestety pozycja, jaką musiałam obierać podczas tej pracy, sprawiła, że mój kręgosłup nie jest już taki jak wcześniej, co wywołało ogromne zawroty głowy. Stąd nastąpiła taka długa przerwa w mojej aktywności. Stąd także musiałam coś zmienić. I właśnie do tej sytuacji odnoszą się pierwsze dwa zdania tego wpisu.

Życiowe zmiany

Tak, musiałam coś zmienić. Zdrowie jest najważniejsze i mimo płaczącego serca, z bólem musiałam oznajmić, że stylizacja rzęs nie będzie już moim zajęciem. Kręgosłup już mi za to dziękuje. I w sumie blog także, bo większa ilość czasu pozwoli mi lepiej się skupić na tworzeniu ciekawych i nowych treści. Ten wpis jest na to idealnym przykładem.


Nadrabianie zaległości

Tak, postanowiłam nadrobić zaległości i znacznie zwiększyć częstotliwość wpisów oraz moją aktywność. Brakowało mi tego ogromnie i dla mnie taki powrót ze zdwojoną siłą to ogromna frajda :)



Sesja dla Przytulne Wnętrze 

Jakiś czas temu miałam ogromną przyjemność zrobić makijaż i foto sesję dla zdolnej Jolanty Nowak-Wicherskiej. Nie ukrywam (że miałam lekkiego pietra), że był to ważny projekt, ponieważ zdjęcia miały trafić na okładkę książki! I trafiły! Jest mi ogromnie miło, że mogłam uczestniczyć w tym wydarzeniu. Takie projekty, które są dla mnie wyzwaniem, sprawiają, że się rozwijam, a przy okazji mogę też dać radość innym - czego chcieć więcej? :)


Film dla ikosmetyki.pl

Jakiś czas temu miałam przyjemność nagrania filmu urodowego na kanał ikosmetyki.pl, o czym wcześniej nie mogłam Wam powiedzieć. Oto film instruktażowy o nakładaniu rozświetlacza. Zapraszam do oglądania -> klik <-




Nowy wygląd bloga

Już od jakiegoś czasu kusiła mnie zmiana wyglądu i funkcji na blogu, ale nie mogłam się do tego zabrać. Jednak, gdy tylko znalazłam na to czas, usiadłam, pogrzebałam w czeluściach internetu, znalazłam interesujący szablon i dostosowałam go do swoich potrzeb. Pojawiła się nowa funkcja - kategorie. Podpięcie i edycja wszystkich wpisów, jakie do tej pory się pojawiły na blogu, zajęło mi mnóstwo czasu. Ale było warto! Dzięki kategoriom w łatwy sposób będziecie mogli znaleźć interesujące Was treści :) Mam w planach dorzucić jeszcze jedną kategorię, czyli wyszukiwanie po markach, ale na to jeszcze chwilę trzeba będzie poczekać. Jak Wam się podoba obecny wygląd bloga? :)



Jak widzicie, wydarzyło się i coś paskudnego, ale też wiele rzeczy dobrych. Czasami pewne sytuacje na początku wydają się nam tragiczne, ale po chwili pojawiają się kolejne drogi, nowe ścieżki, które wcale nie muszą być gorsze od poprzednich, nieprawdaż? :)

KOSMETYKI W WIELKIM MIEŚCIE

Nasza skóra narażona jest na wpływ wielu negatywnych czynników. W mieście są to smog, spaliny, kurz, klimatyzacja, ogrzewane powietrze. Jak się uchronić przed ich działaniem? Tołpa stworzyła specjalną linię, która jest wsparciem dla skóry w mieście.



W linii Urban Garden 30+ znajdziecie 4 produkty - Krem-witalność z antyoksydantami na dzień, Krem-witalność dzienna ochrona. Krem-witalność nocny detox, Krem-witalność pod oczy.
Wszystkie produkty z linii skierowane są do osób posiadających skórę wrażliwą, odwodnioną, zmęczoną, a także, na której pojawiły się już pierwsze zmarszczki. Jeden z nich, czyli Krem-witalność dzienna ochrona przeznaczony jest dla osób posiadających cerę naczynkową (tego produktu nie testowałam).

Przypomnę Wam może, że moja skóra jest skórą tłustą, z okresowo pojawiającymi się wypryskami (głównie pochodzenia hormonalnego). W tym roku stuknie mi 30, dlatego coraz częściej szukam produktów o konkretniejszym działaniu - wiadomo, lepiej zapobiegać, niż leczyć ;) Mimo tego, że moja twarz potrafi się porządnie wyświecić, to i tak sięgam po produkty nawilżające i chroniące skórę. Szczególnie gdy jestem w trakcie kuracji z użyciem kwasów. W sezonie jesiennym u mnie to norma, dlatego tym bardziej ucieszyłam się z paczki od marki Tołpa. Trafiliście w idealny moment :) Ale koniec gadania, czas powiedzieć Wam coś więcej o produktach ;)



Krem-witalność z antyoksydantami to krem przeznaczony do stosowania na dzień. Zawiera torf tołpa®, ekstrakt z ziaren szarłatu, ekstrakt z szałwii muszkatołowej, pochodną mocznika. Ma lekką, kremową konsystencję. Jest lekki, ale zostawia delikatny film, który ma na celu właśnie wyżej wspomnianą ochronę skóry przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych. Szczególnie w ciągu dnia nasza skóra odczuwa ich zły wpływ, dlatego 
(...) nie warto zapominać o właściwej dziennej pielęgnacji. Bez kremu na dzień ani rusz!

 Mimo lekkiego filmu, jaki zostawia, bardzo dobrze sprawdza się pod makijażem. Po jego użyciu skóra jest ukojona, wygładzona i pokryta lekką barierą ochronną.


Krem-witalność nocny detox to produkt do stosowania na noc. Zawiera torf tołpa® , masła babassu, kokum, shea, olej macadamia, miód, skwalan, ekstrakt z kwiatów róży. To produkt gęściejszy, niż krem na dzień. Najczęściej kremy na noc mają inną formułę, niż te na dzień. Są konkretniejsze. Ten krem faktycznie taki jest. Daje uczucie silnego nawilżenia, koi, wygładza. 



Ostatni produkt z serii to Krem-witalność pod oczy. Zawiera on torf tołpa®, ekstrakt z ziaren szarłatu, skwalan, hialuronian sodu, kompleks Eyeliss™. Krem ma konsystencję, która sprawia, że skóra jest nawilżona, ale jednocześnie jest ona na tyle lekka, że sprawdza się pod makijażem.
Przyznam szczerze, że kremy pod oczy to produkty, których testowania obawiam się najbardziej. Moje okolice oczu i oczy są bardzo (żeby nie powiedzieć inaczej) wrażliwe. Wielu produktów kompletnie nie jestem w stanie używać, bo po ich aplikacji łzy płyną mi strumieniami. Po tym kremie nic złego się nie dzieje. Moje obawy odeszły w zapomnienie.
Skóra po tym kremie jest wygładzona, ukojona. Zero pieczenia, łez i stresu :)

W paczce znalazłam jeszcze jeden kosmetyk, a konkretnie regenerujący Balsam do ciała z masłami. Także z linii Urban Garden. Zawiera on borowinę tołpa®, masło kokum, masło sezamowe, ekstrakt z kwiatów róży, miód, glicerynę. Jest bardzo treściwy, gęsty. Balsam jest bardzo wydajny. Zdarzyło mi się go za pierwszym razem nałożyć zbyt wiele - nie spodziewałam się, że będzie tak masełkowaty :) To świetna propozycja dla osób, które borykają się z problemem bardzo przesuszonej skóry ciała. 


Ostatnio sięgam po kwasy, dlatego moja skóra potrzebuje odpowiedniej opieki. Dodatkowo, pragnę działać profilaktycznie i chcę zapobiegać powstawaniu zmarszczek, dlatego ta seria wpisuje się w moje potrzeby. Jeśli chcecie zobaczyć jak sprawdzają się kwasy w mojej pielęgnacji to zapraszam do wpisu. Podczas kuracji stosowałam równolegle dzisiaj opisaną serię - nawilżenia nigdy dość. A czy produkty działają? Wpadnijcie do tego wpisu - zdjęcia same Was przekonają, że te produkty są warte uwagi ;)

HUDA BEAUTY OBSESSIONS - CIENIE DO POWIEK, NA PUNKCIE KTÓRYCH NAPRAWDĘ MOŻNA DOSTAĆ OBSESJI!

Huda Beauty wprowadza na rynek masę ciekawych produktów. Jestem szczęśliwą posiadaczką kilku pomadek, konturówek i błyszczyków, podkładu, palety desert dusk i małych palet obsessions. Kusi mnie jeszcze korekor. Jedyny produkt, który nie jest mi niezbędny do szczęścia to puder. Wiem, że zdarza się mu źle współpracować z produktami innych marek, stąd straciłam zainteresowanie nim. Ale koniec gadaniny, przejdę do recenzji palet ;)


Powyżej widzicie makijaż oka wykonany wyłącznie paletką coral.

Paletki obsessions dostępne są w polskiej Sephorze. Mieszczą 9 cieni o różnych wykończeniach. Kosztują 129 zł. Ostatnio dołączyła nowa kolekcja inspirowana kamieniami szlachetnymi. Jeszcze nie mam ich w swoich zasobach, ale poważnie się nad nimi zastanawiam. Nie ukrywam - uwielbiam te cienie! Często kupujemy palety, które przez swoje rozmiary, nie ułatwiają nam podróżowania z nimi. Te palety są do tego stworzone - małe, poręczne, posiadają lusterko. Kolory w nich nie pojawiły się tam przypadkowo - są dobrane idealnie. Wiem, że wiele osób może narzekać na brak czerni i beżu, ale to są cienie, bez których naprawdę da się obyć i zastąpić je innymi produktami (np. pudrem, kredką, eyelinerem).


Posiadam paletki mauve, coral, warm brown, gemstone, smokey i electric. Każda z nich jest piękna. Ciepłe kolory znajdziecie w coral, warm brown. Mieszankę ciepłych i chłodnych, zgaszonych róży w mauve. Chłodna (oprócz jednego matu i złotego błysku), ciemniejsza to smokey (bardzo dobrze odzwierciedlona nazwa). Kolorowa, papuzia to electric, a błyszcząca, uzupełniająca inne palety to gemstone. 


Pierwsza w moje ręce trafiła wersja electric. Czyż ja, papuga z Loro parku, mogłabym przejść obojętnie obok takich kolorów? Oczywiście, że nie! Kolory są w niej intensywne, mocne. Najsłabszym jej ogniwem jest żółty cień, ale jest według mnie lepszy od żółtego cienia z Mac, który kiedyś miałam. Jak widzicie na zdjęciu, ta paletka jest najbardziej poturbowana, co świadczy o tym, że sięgam po nią z przyjemnością.

Mauve jest wśród tych 6 palet najbardziej uniwersalna. Przez to, że posiada odcienie zgaszone, nadaje się na każdą okazję - z powodzeniem można nią wykonać dzienniak, jak i makijaż wieczorowy.

Warm brown i coral to palety ciepłe. Warm brown jest ciemniejsza, ma więcej pomarańczowych i czerwono-brązowych tonów. Coral jest jaśniejsza, ma więcej cieni o błyszczącym wykończeniu. Obie mają jasne cienie transferowe, co sprawia, że są bardzo uniwersalne. 

Smokey jest najciemniejszą z tych palet. Jako jedyna z nich posiada czarny cień. To dopiero by była wtopa - nazwać paletę smokey, a nie uzupełnić jej o czarny cień! ;) Jeśli lubicie ciemniejsze makijaże, utrzymane w brązach, z dodatkiem złota lub srebra, to jest to zdecydowanie paleta dla Was.

Gemstone na początku nie zrobiła na mnie wrażenia, ale gdy zobaczyłam jak pięknie wyglądają te cienie to zakochałam się w niej mimo wcześniejszej niechęci. Te kolory genialnie łączą się z cieniami Hudy, ale także potrafią odmienić makijaże wykonane cieniami innych marek. Na powiekach wyglądają obłędnie.


Kolory świetnie się łączą i nie znikają podczas blendowania. Maty są miękkie, dobrze przyklejają się do powieki. Niektóre kolory nieznacznie się osypują, ale dla mnie nie jest to wyznacznik czy cień jest dobry czy zły. Cienie foliowe są bardzo mocno napigmentowane, mają wręcz kremową konsystencję. Są także delikatne, dlatego lepiej unikać spotkań tych cieni z podłogą. Dwa cienie błyszczące w palecie electric uległy uszkodzeniu - właśnie przez kontakt zamkniętej palety z wcześniej wspomnianą podłogą - ale w łatwy sposób udało mi się je naprawić. Błyskotki najlepiej nakładać palcem - wtedy najlepiej pokazują swoje możliwości.
Praca tymi paletami to sama przyjemność. Są to obecnie jedne z moich najlepszych cieni.


Świat oszalał na punkcie marki Huda Beauty. Niebawem jej produkty będą nam wyskakiwać z lodówek. I wiecie co? Wcale nie płakałabym z tego powodu! Cienie tej marki tak bardzo przypadły mi do gustu, że przyjmę je w każdej ilości :)

A Wy, lubicie cienie tej marki?

HYBRYDY Z DROGERII? CZY MOŻNA JE POLUBIĆ?

Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi "tak!". Tak samo jak na półce w drogerii można znaleźć wspaniałe kosmetyki kolorowe czy pielęgnacyjne. O jakich lakierach hybrydowych dostępnych w drogerii mowa? Oczywiście o hybrydach marki Eveline. Jeśli jesteście ciekawi dlaczego te lakiery przypadły mi do gustu i jak maluje się danymi kolorami to zapraszam do przeczytania dalszej części wpisu.


Hybrydy trafiły do mnie dzięki marce Eveline. Gdy zobaczyłam paczkę to oniemiałam, bo wybór  kolorów jak na opcję drogeryjną jest bardzo duży. Już mogę Wam przekazać, że na rynku pojawiły się kolejne kolory, które są warte uwagi. Na powyższym zdjęciu widzicie manicure wykonany kolorem 303. Taki żywy kolor to fajny sposób na poprawę humoru :)



Lakiery kosztują ok 24 zł i zostały zamknięte w 5 ml buteleczkach. Szata graficzna jest utrzymana w czerni i złocie. Podoba mi się fakt, że kolor lakieru na opakowaniach został umieszczony na boku buteleczki i na jej wierzchu. Zdecydowanie ułatwia to wyszukiwanie odpowiedniego koloru oraz zwiększa możliwości wygodnego ustawienia produktów. 

Mam Wam dzisiaj do pokazania 19 odcieni lakierów. Pogrupowałam je w kilka kategorii - biel, nude, czerń i szarości, następnie czerwienie, kolejno fiolety i róże oraz zielenie i niebieskości.




W kolejności od lewej kolory: 298 snow white, 290 light pink, 291 cream, 299 storm, 301 starry night, 300 coal black.



W kolejności od lewej kolory: 309 pink doll, 306 hot orange, 294 classic red, 296 deep wine, crimshon shine 293.



W kolejności od lewej kolory: 304 violet lady, 295 deep purple, 292 pink petals, 302 pink shimmer.


W kolejności od lewej kolory: 305 be minty, 303 fresh spring, 308 dark waters, 297 ink blue (mój zdecydowany ulubieniec!)


Wszystkimi lakierami pracuje się niezwykle łatwo dzięki zaokrąglonemu pędzelkowi. Lakiery w zależności od koloru różnią się między sobą formułą. Dotyczy to tych intensywnych, mocnych, żarówiastych odcieni, czyli 297 ink blue, 303 fresh spring, 306 hot orange, 309 pink doll. Mają one bardziej wodnistą konsystencję, więc w ich przypadku niezbędne jest użycie dwóch warstw do równomiernego pokrycia płytki. Natomiast plusem tej formuły jest fakt, że takimi lakierami maluje się jeszcze łatwiej. 

W ofercie występują także odcienie metaliczne, ale pragnę zwrócić uwagę na piękny 302 pink shimmer. Ta formuła wymaga także większej ilości warstw, ale za to możemy tego koloru użyć jako toppera i aplikować go na inne kolory - w takiej roli także wygląda świetnie.



W ofercie marki Eveline znajdziecie także odżywki do paznokci. W paczce znalazłam trzy - najpopularniejszą 8w1, SOS dla kruchych i łamliwych paznokci oraz paznokcie mocne i lśniące jak diament. Przez moje kłopoty ze zdrowiem musiałam na jakiś czas zrezygnować z noszenia hybryd, ale była to świetna okazja do przetestowania odżywek. Wersję 8w1 znam od dawna. Nieraz po nią sięgałam.
Tak, wiem i zdaję sobie sprawę, że producent w składzie umieścił formaldehyd i że jest to substancja bardzo kontrowersyjna. To tak, jak w przypadku odżywek do rzęs - w większości z nich także znajdziecie kontrowersyjny składnik bimatoprost. Mimo to wiele osób używa tych odżywek do rzęs z powodzeniem. Moje zdanie na ten temat jest takie - jeśli dzieje się coś złego to automatycznie powinniśmy zrezygnować ze stosowania takiego kosmetyku, ale jeśli dany produkt działa u kogoś dobrze, nic się nie dzieje z organizmem, to nie ma przeciwwskazań do jego używania.  Zaobserwowałam jedno bardzo popularne zjawisko. Dotyczy ono wspomnianych odżywek do rzęs, jak i paznokci. Ogrom osób nie stosuje ich tak, jak powinno, czyli nie trzymają się wytycznych opisanych przez producenta. Wyrzucają ulotki i nawet nie patrzą jak dany preparat stosować. A potem jest płacz. Producenci nie bez powodu umieszczają informacje o aplikacji i częstotliwości stosowania danego kosmetyku. Umieszczają je właśnie po to, abyśmy my, konsumenci, wiedzieli jak właściwie podchodzić do danego produktu i jak się z nim obchodzić po to, abyśmy byli zadowoleni z jego działania. Tak jest też w przypadku tych odżywek - jeśli producent w sposobie użycia napisał, żeby odżywkę stosować przez 2 tygodnie, a następnie zrobić miesięczną przerwę, to tak właśnie powinniśmy zrobić. I robię tak ja. W moim przypadku odżywki tej marki nigdy mi nie szkodziły.
Teraz sięgnęłam po SOS dla kruchych i łamliwych paznokci i już prawie skończyłam pierwszy cykl jej stosowania. Oprócz niej, w skórki wcierałam także oleje i kremy, aby zadziałać kompleksowo. I jest znacznie lepiej. Mam nadzieję, że dzięki takim zabiegom, w grudniu będę mogła już wrócić do moich ukochanych hybryd, za którymi bardzo tęsknię :)


Oprócz serii lakierów, topu i bazy, Eveline wypuściło również zmywacz i odtłuszczacz, więc nie trzeba specjalnie biegać do innych sklepów aby kupić preparaty niezbędne do zaaplikowania lub ściągnięcia hybryd. 


Lakiery Eveline podbiły moje serce między innymi dzięki niezwykle przemyślanej formie pędzelka. Jest on zaokrąglony, co zdecydowanie ułatwia i przyspiesza malowanie. Moja płytka nie należy do największych, dlatego mocno ścięte pędzelki potrafią mi utrudnić posługiwanie się lakierami. W tym przypadku malowanie jest dziecinnie proste. To właśnie ta cecha, która szczególnie Was zainteresuje. To idealna opcja dla osób, które chcą rozpocząć lub rozpoczęły przygodę z malowaniem paznokci hybrydami. Nie myślcie sobie, że chwalę dane produkty tylko dlatego, że dostałam je do przetestowania. Doskonale wiem, że jesteście tu dlatego, że ufacie moim opiniom i z tego powodu bardzo się cieszę :)


Widzieliście już te lakiery w Rossmannach? Który kolor najbardziej Wam się spodobał? A może już w swoich zasobach posiadacie lakiery marki Eveline? Koniecznie podzielcie się swoją opinią na ich temat w komentarzach ;)