orchidea magia piekna

środa, 16 maja 2018

CUDA W TUBKACH OD MARKI TOŁPA

Oba produkty znalazły się w torbie, którą otrzymałam na tegorocznej konferencji dla blogerów, czyli Meet Beauty. Peeling 3 enzymy i maska czarny detox to kosmetyki, na których widok osoba z cerą tłustą zaczyna świecić oczami. Bardzo lubię produkty złuszczające i oczyszczające oraz lubię markę Tołpa, więc od samego początku pokładałam w nich duże nadzieje. Jak się sprawdziły? Zaraz się dowiecie.



Czy muszę Was przekonywać do tego, że opakowania są świetne? Na pewno nie :) Szata graficzna oraz sposób zapakowania jest trafiony w 10! Skoro podzieliłam się moimi wrażeniami wizualnymi, to mogę przejść teraz do opowiedzenia Wam o moich wrażeniach z testowania tych kosmetyków.




Zacznę od peelingu 3 enzymy. Działanie tego kosmetyku opiera się na trzech enzymach - papainie, bromelainie i keratynazie. Ogromnym plusem takiego peelingu enzymatycznego jest brak konieczności drażnienia skóry przez działanie mechaniczne. To świetna opcja dla każdego, ale tę właściwość docenią szczególnie posiadacze skóry wrażliwej. Kosmetyk świetnie oczyszcza, wygładza skórę, zapobiega powstawaniu niedoskonałości i działa regulująco. Jest to jeden z intensywniejszych peelingów enzymatycznych, jakie dane mi było testować. To ogromny plus, bo na rynku jest wiele preparatów, które - według mnie - nie robią nic. Ten peeling 3 enzymy pokochałam od pierwszego wejrzenia i już wiem, że na jednej tubce nie poprzestanę :)



Drugi kosmetyk świetnie uzupełnia działanie pierwszego. To maska do twarzy czarny detox. Zawiera ona między innymi węgiel, borowinę i białą glinkę. Detox, to słowo, które idealnie odzwierciedla zawartość tubki. Maska jest naprawdę mocna. Głęboko oczyszcza, zmniejsza niedoskonałości, pochłania sebum i pozwala zwęzić pory. Maska sprawdzi się u osób z cerą tłustą, mieszaną, a także wrażliwą (ale nie naczynkową, gdyż dla takiej skóry będzie być zbyt silna). Jestem zachwycona siłą jej działania. Plusem jest formuła, która nie sprawia większych trudności podczas zmywania jej z twarzy. Przy zanieczyszczonej skórze zachęcam, żeby stosować maskę czarny detox dwa razy w tygodniu. To świetny produkt i z chęcią kupię go ponownie ;)



Wiele osób nie zwraca uwagi na to, jak ważną rolę w pielęgnacji odgrywają peelingi i maski. Tymczasem mają one ogromną moc i gdy tylko są produktami dobrze dobranymi do danego rodzaju skóry, mają szansę niewiarygodnie pozytywnie wpłynąć na jej stan i w szybkim czasie sprawić, że stanie się ona zdrowsza i piękniejsza :)

Znacie markę Tołpa? Jeśli tak, napiszcie w komentarzach - jakie produkty tej marki lubicie najbardziej ;)

środa, 9 maja 2018

WIBO CHROME DROPS - świetny rozświetlacz w płynie za grosze!

Era na kontrolowany błysk w makijażu nastała już dawno temu. I dobrze! Rozświetlacze mają magiczną moc. Nadają skórze blask i sprawiają, że staje się ona promienna i nabiera zdrowego wyglądu. Ostatnio do grona moich kosmetyków rozświetlających dołączyły krople rozświetlające Wibo Chrome drops liquid iluminator w odcieniu nr 1. 


Płynny rozświetlacz z Wibo od razu przykuł moją uwagę podczas mojej wizyty w Rossmannie. Od jakiegoś czasu szukałam płynnego rozświetlacza, którego można by bez problemu kupić w drogerii. Kilka razy podchodziłam do szafy Maybelline, ale ich płynne rozświetlacze wcale mnie nie zachwyciły. Obok Chrome drops nie mogłam przejść obojętnie. Posiadam odcień nr 1, który ma różowe tony, ale mimo tego, jest to bardzo uniwersalny kolor. Nr 2 jest ciemniejszy i posiada złote tony. 
Opakowanie zdecydowanie przyciąga uwagę i jest niezwykle fotogeniczne. Cieszę się, że marki drogeryjne zaczęły zwracać uwagę na ten aspekt, gdyż jest on bardzo ważny. Wiele osób lubi, gdy opakowanie jest ciekawe. Oczywiście, nie jest to aspekt najważniejszy - to zawartość decyduje o tym, czy produkt jest dobry, czy nie. Pewnie teraz nasuwa się Wam pytanie - czy Chrome drops to produkt dobry?
Nie będę Was trzymać w niepewności - to produkt niezwykle godny zainteresowania (szczególnie, że kosztuje raptem kilkanaście złotych!). Ogromnie zaskoczyła mnie jedna jego cecha, której się nie spodziewałam - trwałość. Na skroniach i nad kośćmi jarzmowymi (policzkowymi) rozświetlacze utrzymują się na ogół dobrze, gdyż te miejsca nie ulegają ciągłemu pocieraniu. Natomiast ja te krople testowałam także na dekolcie i ramionach. Zadowolona z efektu, jaki zobaczyłam po rozprowadzeniu produktu, ruszyłam ochoczo do łazienki i sięgnęłam po balsam w celu zmycia rozświetlacza z dłoni. I jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że balsam (który jak wiadomo, jest produktem tłustym i świetnie domywa wszelkiego rodzaju kosmetyki kolorowe) nie poradził sobie ze zmyciem Chrome drops! Rozświetlacz utrzymał się w stanie - prawie - nienaruszonym do końca dnia! Jest to niezwykła cecha, która sprawia, że produkt ten jest idealny do podkreślania ciała nawet na większe wyjścia. Mamy pewność, że pozostanie z nami przez cały dzień i noc.

Na powyższych zdjęciach możecie zobaczyć jak prezentuje się kolor w świetle dziennym w wersji przed i po roztarciu. Jego pigmentacja jest imponująca. Bez problemu można nim uzyskać look rodem z Instagramu. Chrome drops to rozświetlacz z delikatnymi drobinkami, które uwalniają swój blask wraz z promieniami słońca lub w sztucznym świetle. Jeśli nie lubicie drobinek to może to nie być produkt dla Was. Natomiast ja go Wam polecam z całego serca. Tym bardziej, że jest to bardzo tani i łatwo dostępny produkt. Niebawem nagram także film z testem na żywo tych kropli tak, abym mogła Wam pokazać je w całej okazałości.
Dajcie znać w komentarzach czy już testowaliście ten produkt i jak się u Was sprawdził? A może polecicie mi jakiś inny ciekawy, płynny rozświetlacz? ;)

niedziela, 6 maja 2018

TOO FACED SWEETIE PIE BRONZER - szarlotka do makijażu?

Nastała moda na używanie pudrów do konturowania w chłodnych odcieniach. Tymczasem pudry brązujące, lekko rozświetlające, potrafią nadać skórze efekt muśnięcia skóry promieniami słonecznymi. I za to je lubię. Ostatnio, moim ulubieńcem, oprócz pudru mineralnego 04 Golden Rose, stał się Too Faced Sweetie pie bronzer.
Czy muszę Was przekonywać do tego, że opakowanie i zawartośc prezentują się pięknie? Wiem, że nie każdy lubi tak słodko wyglądające kosmetyki, ale ja nie mogę przejść obok nich obojętnie.
Opakowanie jest wykonane porządnie i zawiera lusterko, przez co świetnie nadaje się do podróżowania.

A teraz opowiem Wam więcej o zawartości. Bonzer, jak widzicie na powyższych zdjęciach, posiada rozświetlające paski. Jeśli obawiacie się błysku w tego typu produktach, to przy pierwszym spotkaniu możecie się przerazić. Natomiast te paski to chwilowy bajer, gdyż znikają bardzo szybko - dosłownie po kilku maźnięciach pędzlem. 
Bronzer pachnie i wygląda jak szarlotka. Występuje w jednym odcieniu, przez co osoby mocno opalone lub o ciemnej karnacji, nie polubią go - będzie dla nich zbyt jasny. Został stworzony z trzech kolorów - ciemniejszego brązu, jasnego różo-brązu i różu. Dzięki zastosowaniu tylu odcieni jest kosmetykiem niezwykle uniwersalnym. Może służyć zarówno jako bronzer, ale też róż. 
Pozwala to zmniejszyć ilość produktów w kosmetyczce, co jest niezwykle istotne, gdy często podróżujemy.
Ostatnio coraz częściej sięgam po cieplejsze bronzery, które pozwalają uzyskać efekt skóry muśniętej promieniami słońca. Nadal uwielbiam efekt, jaki daje konturowanie i sięgam po takie produkty, gdy maluję się na większe wyjścia. 
Sweetie pie ma satynowe wykończenie, bez drobinek brokatu. Uwielbiam efekt, jaki daje. Sprawia, że skóra wygląda zdrowo i promiennie. 
Praca z nim jest niezwykle przyjemna. Bardzo łatwo się rozciera i nie tworzy plam ani smug. Jest trwały - na mojej tłustej skórze trzyma się przez cały dzień.
Na powyższym zdjęciu widzicie efekt, jaki daje Sweetie pie na podkładzie mineralnym kryjącym marki Annabelle minerals . 

Jeśli szukacie bronzera o satynowym wykończeniu, który nie będzie typowo chłodnym, sinym produktem, to polecam Wam z calego serca Sweetie pie bronzer.
Ostatnio coraz więcej produktów marki Too faced pozytywnie mnie zaskakuje i z chęcią będę testować inne kosmetyki tej marki.
Dajcie znać w komentarzach czy lubicie tę markę i czy macie w swoich zasobach jakieś produkty tej marki i jak się one u Was sprawdzają ;)

czwartek, 26 kwietnia 2018

TOP PODKŁADY CERA TŁUSTA

Znalezienie dobrego podkładu dla cery tłustej lub przetłuszczającej nie jest łatwe. Wiele tego typu produktów w bardzo szybkim czasie zaczyna się wyświecać albo tworzyć ciastko. Oczywiście - na trwałość podkładów wpływają także bazy oraz pudry wykańczające, ale podkład ma tu ogromne znaczenie.



Jak wiecie, testuję wiele kosmetyków, a podkłady to jeden z najciekawszych elementów do testów. I dzięki takim testom znalazłam moje perełki. O jakich produktach mowa? Dowiecie się w dalszej części wpisu :)



Od bardzo dawna moim numerem 1 jest Estee Lauder double wear. Tego gagatka chyba nie muszę nikomu przedstawiać, ale zapewne chcecie poznać moje zdanie na jego temat. Ten podkład jest dla mnie produktem, który nakładam tylko na większe wyjścia. Przy codziennym stosowaniu potrafi zmęczyć skórę. Ma on właściwości zastygające, ściągające i wysuszające, dlatego nie polecam go do używania jako podkładu codziennego. Natomiast, dzięki takiej formule, jest kosmetykiem genialnym. Nie ściera się, nie waży, nie przemieszcza na skórze i nawet, jeśli w którymś momencie na twarzy pojawi się lekki błysk, to podkład po ściągnięciu sebum bibułką nadal pozostaje na twarzy w niezmienionej formie.
Czy nadaje się dla osób z cerą suchą? Tak, ale na większe wyjścia i po odpowiednim przygotowaniu cery - mocnym nawilżeniu. W przeciwnym razie może taką skórę bardzo mocno przesuszyć.



Too Faced Peach perfect to moje niedawne odkrycie. Nie sądziłam, że znajdę drugi tak dobry podkład, który mogłabym - prawie - postawić obok mojego faworyta. Mówiąc "prawie" mam na myśli jeden minus - kolor. Najjaśniejszy, który posiadam, czyli snow, nie jest wcale taki super jasny i wpada w lekko brzoskwiniowe tony. Ja w podkładach preferuję beżowo-żółte zabarwienie. Brakuje mi w nim tych żółtych pigmentów. Natomiast, po nałożeniu pudru i innych produktów, kolor aż tak mocno się nie odznacza. Dlatego jestem w stanie powiedzieć, że w klasyfikacji, jest on znacznie wyżej, niż na miejscu 2 ;)
Podkład ten ma świetną formułę, która sprawia, że skóra bardzo długo pozostaje matowa. Nie polecam go osobom z cerą bardzo suchą, gdyż ma on naprawdę mocne działanie matujące. Posiadacze cery tłustej będą zachwyceni. Podkład ten jest długotrwały, nie zbiera się w załamaniach i pięknie wygląda na zdjęciach. Nie ma aż tak mocno ściągającej formuły, dlatego spokojnie mogę polecić go do częstszego stosowania ;)


Kat Von D Lock it to najbardziej kontrowersyjny podkład, jaki znam. Zaraz dowiecie się dlaczego. Jego gama kolorystyczna jest imponująca. Posiada bardzo mocne krycie, które jest w stanie zakryć nawet tatuaż. Ma specyficzną formułę. Jest bardzo gęsty i może sprawiać trudności w aplikacji. U niektórych osób spływa i wyświeca się i to jest ta cecha, która sprawia, że jedni go kochają a drudzy nienawidzą. Ja należę do tego pierwszego grona. W porównaniu do podkładu Double wear i Peach perfect, ten faktycznie wyświeca się szybciej. Natomiast na twarzy wygląda pięknie. Mocno kryje i nie daje 100% matowego wykończenia. Skóra wygląda genialnie. Użyty w odpowiedniej ilości nie daje efektu maski. Nie przesusza nadmiernie, dlatego inne typy cer także mogą po niego sięgnąć. Szczególnie polecam ten produkt do sesji zdjęciowych, gdyż sprawia, że twarz wygląda nieskazitelnie.


W zestawieniu nie mogło zabraknąć podkładu drogeryjnego. Maybelline Fit me to bardzo ciekawa propozycja. Ze wszystkich wymienionych tu produktów jest najlżejszy. Ma przyzwoite krycie, nie daje efektu maski i całkiem fajnie utrzymuje się na twarzy. Dość dobrze ukrywa widoczność porów, natomiast nie wygładza skóry tak mocno jak specjalnie do tego przeznaczone bazy. Jest niezwykle łatwy w aplikacji. Myślę, że mogę go polecić posiadaczom różnych typów skóry - jego zachowanie będzie w dużej mierze zależało od zastosowanej bazy i pudru. 



Ostatni podkład, o którym chcę Wam powiedzieć, to matujący Annabelle Minerals. Minerały kocham miłością ogromną i nie wyobrażam sobie bez nich mojego codziennego makijażu. Tak, jeśli oglądacie mnie na Instastories, to w 90% mam na sobie podkład mineralny. Zadajecie mi mnóstwo pytań odnośnie podkładów mineralnych i dlatego postanowiłam umieścić go w tym zestawieniu - mimo, że z minerałkami praca wygląda trochę inaczej.
Gama kolorystyczna jest ogromna i każdy znajdzie dla siebie odcień idealny. Podkład matujący ma świetne krycie, które z łatwością można budować.
Uwielbiam ten podkład używać w duecie z primerem glinkowym tej samej marki. To duo sprawia, że makijaż utrzymuje się cały dzień (codziennie noszę okulary, więc jedynie okolice pod okularami potrafią ucierpieć). Skóra wydziela po jakimś czasie sebum, natomiast odsączenie go w papierek nie narusza struktury podkładu. Dodatkowo, skóra czerpie same korzyści ze stosowania minerałów i nie pojawiają się na niej wypryski czy podrażnienia spowodowane używaniem innych kosmetyków kolorowych.
Annabelle Minerals posiada 3 wersje podkładów - kryjące, matujące i rozświetlające, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

To były moje ukochane podkłady. Powiedziałam Wam czemu je tak bardzo lubię. Podzielcie się ze mną w komentarzach informacją - jakie Wy podkłady lubicie najbardziej i jaką macie skórę - jestem tego niezwykle ciekawa ;) 

piątek, 6 kwietnia 2018

PIELĘGNACJA CERY Z MARKĄ SYNCHROLINE - BOMBA WITAMINY C I ŻEL DO SKÓRY TŁUSTEJ, KTÓRY NIE WYSUSZA

Pogoda wreszcie zaczęła się zmieniać i przywołała wiosenną aurę. Wiosna to idealny czas na stosowanie kuracji pielęgnacyjnych. Dzisiaj chcę Wam przestawić produkty, które testuję już od jakiegoś czasu. Mowa o kosmetykach marki Synchroline, która posiada w ofercie dermokosmetyki. Jakie produkty testowałam i jak się one u mnie sprawdziły? Dowiecie się w dalszej części postu :)




Do testów wybrałam kosmetyki, które bardzo mnie zainteresowały. Mowa o żelu do mycia twarzy Aknicare cleanser oraz kuracji z wit C Synchrovit C. Jeśli jeszcze nie wiecie, posiadam cerę tłustą, ze skłonnością do powstawania niedoskonałości. W preparatach do pielęgnacji twarzy szukam działania regulującego, oczyszczającego ale bez przesuszania, które tłustej skórze wyrządza ogromną krzywdę.


Pierwszy produkt, o którym chcę Wam powiedzieć to żel do mycia twarzy Aknicare cleanser, który został stworzony z myślą o skórze trądzikowej i tłustej. Posiada właściwości odświeżające, matujące i oczywiście oczyszczające. Składnikiem aktywnym jest tutaj kwas pirogronowy, który działa antybakteryjnie, zmniejsza zaskórniki, rozjaśnia, poprawia koloryt skóry oraz zmniejsza grubość warstwy rogowej. Składnik ten może być z powodzeniem używany przez osoby z aktywnymi zmianami ropnymi oraz problemami naczyniowymi.


Nie wyobrażam sobie mycia twarzy bez użycia wody, dlatego żele do twarzy zajmują ważne miejsce w mojej codziennej pielęgnacji. Aknicare cleanser używałam codziennie, rano i wieczorem. Sprawdził się świetnie. Zostawia on uczucie mocno oczyszczonej skóry, ale bez mocnego ściągnięcia (czego nie lubię w tego typu preparatach). Zmywałam go z twarzy za pomocą takich gąbeczek, które widzicie na powyższym zdjęciu lub gąbką konjac czy szmatką do twarzy. Testowałam jego działanie także bez tych rzeczy i w tej opcji także świetnie domywał skórę - jednak ja preferuję mycie twarzy żelem z użyciem dodatkowych akcesoriów. 
Komu mogę ten żel polecić? Zdecydowanie osobom z problemami skórnymi w postaci pojedynczych zmian, mocnego trądziku oraz cerze tłustej. Każdy rodzaj skóry wymaga odpowiedniego demakijażu, ale niewłaściwe domywanie twarzy najszybciej daje się we znaki właśnie osobom z cerą tłustą i trądzikową. Te typy skóry zanieczyszczają się najszybciej, więc demakijaż spełnia kluczową rolę w dążeniu do ładnej i zdrowej cery. Moja skóra tłusta bardzo go polubiła i sięgam po niego z przyjemnością ;)


Drugi produkt, w którym jestem totalnie zakochana, to Synchrovit C. To serum z witaminą C, dysmutazą ponadtlenkową (SOD) i cynkiem. Preparat ten najlepiej stosować w formie kuracji, gdyż wtedy daje najlepsze rezultaty. Serum działa przeciwzmarszczkowo, antyoksydacyjnie. Rozjaśnia przebarwienia i zmniejsza pojedyncze zmiany. Dodatkowo, ma działanie regulujące, które w tym przypadku docenią osoby z cerą tłustą, czyli taką jaką posiadam ja. 
W preparacie została zastosowana technologia liposomowa, co zapewnia szybkie wchłanianie i wysoką skuteczność działania. I faktycznie tak jest. Formuła została dopracowana tak, aby nie sprawiała problemów podczas i po aplikacji. Serum posiada lekką konsystencję, która genialnie się wchłania. Nie pozostawia tłustej, lepkiej warstwy, czego wiele osób nie lubi.


Przy pierwszym otwarciu należy zwrócić uwagę na odpowiednie przygotowanie preparatu do użytku. Nie obawiajcie się, jest to niezwykle proste. W opakowaniu znajduje się skuwka-kroplomierz oraz buteleczka z produktem z zakręcanym korkiem. Należy ostrożnie odkręcić opakowanie i do płynu wsypać zawartość małej fiolki. Następnie zakręcić opakowanie skuwko-kroplomierzem i wymieszać. I preparat już jest gotowy do używania! Prawda, że proste?
Pewnie teraz zadajecie sobie w głowie pytanie - po co producent wymyślił takie opakowanie? Nie łatwiej byłoby podać klientowi gotowy produkt?
Otóż nie. Marka dba o to, aby każdy z nas miał możliwość otrzymania świeżego, a co najważniejsze działającego preparatu. Jeśli tego nie wiecie, witamina C jest niezwykle wrażliwa i niestabilna, przez co okres jej przydatności jest niezwykle krótki. Właśnie dlatego przy pierwszym otwarciu istnieje potrzeba przygotowania preparatu. Dzięki temu mamy pewność, że serum będzie działać w 100%.
Po otwarciu buteleczki kosmetyk należy zużyć w ciągu 10 dni.


Jak serum Synchrovit C sprawdziło się u mnie? Aplikowałam je codziennie, na noc. Sprawiło ono, że moja skóra w bardzo szybkim czasie nabrała promiennego, zdrowego wyglądu. Zyskała na gładkości, a ilość wydzielanego sebum znacznie się zmniejszyła. 
Miałam do czynienia z kilkoma preparatami z witaminą C dostępnymi na rynku, ale ta lekka formuła i szybkość działania, zdecydowanie zdeklasowała konkurencję. Uwierzcie mi, cerze tłustej nie jest łatwo dogodzić i nieraz używałam kosmetyki, które były po prostu nijakie. Ten preparat do nich zdecydowanie nie należy. 
Komu polecam to serum? Szczerze? Każdej osobie, która szuka produktu o działaniu rozjaśniającym, zmniejszającym przebarwienia, wygładzającym. Skóra w bardzo szybkim czasie dostrzeże efekty działania tego preparatu i zyska na witalności i zdrowym wyglądzie.
Zakochałam się w serum i jestem pewna, że nie będzie to moja ostatnia kuracja z jego użyciem ;)


A Wy, używaliście już jakichś preparatów z witaminą C? A może już znacie markę Synchroline? Podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach :)

niedziela, 18 marca 2018

MOJE ULUBIONE ROZŚWIETLACZE DO TWARZY I CIAŁA

Rozświetlanie to jeden z moich ulubionych etapów wykonywania makijażu. Rozświetlacze sprawiają, że skóra staje się promienna, a makeup nabiera lekkości i świeżości. To istne cudo :)


Po jakie rozświetlacze najchętniej sięgam? 
Do tego zestawienia wybrałam te, które lubię najbardziej i które świetnie sprawdzają się w mojej pracy. Znajdują się tu zarówno kosmetyki drogie, jak i tanie - cena nie ma tutaj znaczenia. Liczy się ich jakość - a tym produktom ufam w 100% :)


1. Wibo strobing make up shimmer kit - paleta zawierająca 4 rozświetlacze - od jasnych po ciemne, w neutralnych lub ciepłych odcieniach. Znajduje się tu rozświetlacz w kolorze złotym. Można nimi uzyskać delikatny i mocny efekt. Minus? Paleta zawiera dwa ciemniejsze odcienie, co może wpływać na małą użytkowość palety, natomiast osoby zajmujące się makijażem docenią tę różnorodność kolorów.
2. Makeup Revolution pearl light loose highlighter true gold - sypki rozświetlacz w jasnym odcieniu złota. Dobrze zmielony, bez dużych drobinek. Można nim uzyskać delikatny i mocny efekt. Świetnie wygląda na twarzy, ale ja najchętniej sięgam po niego w celu rozświetlenia dekoltu i ramion - wygląda bosko. Jest tani i niezwykle wydajny.
3. Lily Lolo paleta róż + rozświetlacz - produkt bardzo delikatny, ale widoczny na skórze. Posiada bardzo uniwersalny odcień. Nie zawiera żadnych drobinek, dlatego pokochają go fani naturalnego efektu. Ogromny plus? Świetny, naturalny skład.
4. Earthnicity silk glow - sypki rozświetlacz o chłodnej tonacji. Bardzo jasny. Posiada mikroskopijne drobinki. Ze względu na jasność wygląda świetnie u bladych osób. 
5. Becca gold pop - prasowany rozświetlacz w kolorze złotym. Daje efekt mocnej tafli, bez żadnych drobinek. Daje efekt mokrej skóry, co wyróżnia go na tle innych. Ze względu na kolor i jego moc, należy uważać z jego aplikacją u bardzo bladych osób.
6. The Balm Mary-lou manizer - kultowy rozświetlacz w szampańskim odcieniu. Bardzo uniwersalny kolor. Można osiągnąć nim delikatny, ale i mocny efekt. Tworzy taflę, bez drobinek.
7. Kiko enriched flower highlighter - rozświetlacz z edycji limitowanej, co niezwykle mnie smuci. W opakowaniu posiada dwa odcienie, dzięki czemu jest niezwykle uniwersalny. Daje delikatny efekt, subtelny efekt, ale nie jest niewidoczny.
8. Inglot sparkling dust for face & body - sypki rozświetlacz o uniwersalnym odcieniu. Jest grubo zmielony, dlatego wymaga innego sposobu aplikacji. To produkt zdecydowanie po stronie rozświetlaczy w stylu "łubudubu". Jest bardzo widoczny i tworzy mocną taflę. Uwielbiam nakładać go na dekolt i ramiona.
9. My secret face illuminator princess dream - kultowy rozświetlacz w jasnym kolorze. Bardzo uniwersalny. Można nim uzyskać delikatny i mocny efekt. Stosunek jakości do jego ceny jest świetny i jeśli ktoś rozpoczyna zabawę z rozświetlaczami to zdecydowanie go polecam.


A Wy, jakie rozświetlacze lubicie najbardziej? :)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka